Lekkie krople deszczu stukały o parapet. Niektóre spływały po szybie. Przez lekko zamglone okno widać było szarawobrunatny pejzaż, który rozpuszczał się po wpływem deszczu.
Brudne smugi spływały po budynkach, latarniach, chodnikach, parasolach i przemykających w strugach deszczu ludziach. Deszcz padał równomiernie i długo. Ciemne smugi spływały do studzienek kanalizacyjnych.
Po pewnym czasie, spod szarawobrudnej rzeczywistości zaczęły przeświecać czyste, żywe kolory – czerwony, żółty, niebieski, zielony… – w najrozmaitszych odcieniach.
Deszcz padał dalej i w końcu odsłonił piękno, które pod szarością było schowane.
Kolorowe domy lśniły i cieszyły oczy. Lśniące czystością liście drzew oraz soczysta trawa cieszyły również. Parasole zrobiły się kolorowe, podobnie jak ubrania przechodniów.
Ludzie przestali się śpieszyć i zaczęli spacerować, cieszyć się deszczem. Przystawali i rozmawiali ze znajomymi i nieznajomymi. Ich oczy błyszczały i promieniały radością.
Niebo przejaśniło się, deszcz przestał padać. Zza chmur wyjrzało słońce i po godzinie już tylko mokre kałuże na ulicy i na chodnikach przypominały, że w ogóle padało…
Autor: Ewa Damentka