Kiedyś, dawno, dawno temu, pewnej zimowej nocy urodził się mały chłopczyk. Mama przytuliła go z miłością, a Tata patrzył na niego kochającym wzrokiem i z nadzieją w sercu…
Wkrótce nadzieja ta została wystawiona na próbę. Próbę życia i śmierci. Niestety przegrała. Dziura po nadziei była tak duża, że nie zostało nawet miejsca na smutek.
Czas płynął. Choć właściwie trudno to było zauważyć. Dzień. Noc. Znów dzień. Znów noc. Kolejne. Coraz trudniejsze do odróżnienia. Minął rok, drugi, trzeci. Ale o tym wiedział tylko kalendarz.
Pobieżny obserwator stwierdziłby – nadzieja także umarła. Jednakże myliłby się. Bo choć nie było jej widać, to jednak można było ją wyczuć, chociażby po tym, że kurz nie osiadł na meblach.
Nikt już więcej nie wiedział potem, co się działo u tej rodziny. Jednak, tak jak i przedtem, tak i potem inni ojcowie tak samo patrzyli na swoich synów.
Autor: RPM