Lekkie krople deszczu stukały o parapet. Niektóre spływały po szybie. Przez lekko zamglone okno widać było rozhisteryzowaną, rozdygotaną, przemokniętą dziewczynkę, która pukała od drzwi do drzwi. Żadne się nie otworzyły, za to we wszystkich oknach zostały zasłonięte zasłony i spuszczone żaluzje. W wyniku tych działań, domy, stojące na zalanej deszczem ulicy, robiły wrażenie martwych, jakby od dawna nikt w nich nie mieszkał.
Nieliczni przechodnie ignorowali dziewczynkę lub uciekali przed nią, bo nie mogli znieść jej wrzasku i bali się, że zażąda od nich czegoś, czego nie mieli ochoty zrobić.
Dziewczynka krzyczała coraz głośniej. Zaczęła wręcz wyć i waliła piąstkami w drzwi, płoty i latarnie. Po długim czasie ucichła. Rozdygotana i zziębnięta usiadła na mokrym chodniku, objęła się ramionami i próbowała się ogrzać. Kołysała się w przód i w tył. Jej wzrok znieruchomiał. Już nie zwracała uwagi na przechodniów.
Ktoś wreszcie zatrzymał się przy niej i zaproponował:
– Mogę odwieźć cię do domu. Gdzie mieszkasz?
– Nie wiem – odpowiedziała dziewczynka.
– Jak masz na imię?
– Nie wiem.
– Jesteś sierotą?
– Nie wiem.
– Mieszkasz z rodziną czy w domu dziecka?
– Nie wiem.
Obok pytającego przystanęła kobieta – jego żona. Zapytała.
– Chcesz pójść z nami? Ogrzejesz się w ciepłym mieszkaniu.
– Nie wiem – odpowiedziała dziewczynka.
A deszcz ciągle padał i płakał, wypłakując niewypowiedziane żale i łzy dziewczynki.
Autor: Jęczydusza