Różnobarwne drzewa – 37

Różnobarwne drzewa przyciągały wzrok. Złota polska jesień cieszyła oczy. Właśnie wtedy widziano grupę osób, które bardzo się cieszyły, będąc we własnym otoczeniu.

Każda osoba, zarówno już obecna, jak i nowo przybyła, mogła czuć się swobodnie, będąc dokładnie taką, jaką jest i nie musząc nikogo udawać.

Społeczność ta rozrastała się, gdyż działała moc przyciągania osób, które się w niej znajdowały.

Każdy kto chciał, z czasem stawał się taką osobą, jaką inni ludzie chcieliby być…

Autor: Bubulubu

Delikatna mgiełka – 43

Delikatna mgiełka unosiła się nad łąkami. Pierwsze promienie wschodzącego słońca łagodnie oświetlały rzekę, mgiełkę, łąki i drobniutką sylwetkę skowronka, którego poranny śpiew pieścił uszy i cieszył serca słuchaczy.

Na prastarym brzegu Wisły przysiadło dwoje wędrowców – malutka dziewczynka i jeszcze mniejszy krasnoludek z siwą brodą.

Krasnoludek mówił cicho:

– Marysiu, pamiętaj, od tej pory nie możesz mówić do mnie po imieniu. Ci, co go poznają, zyskają olbrzymią przewagę nade mną. Wtedy mogliby skrzywdzić nas oboje.

– Nie rozumiem, przecież znam twoje imię, twoi kuzyni również…

– Tak Marysiu, ale wy nie wykorzystalibyście tego przeciwko mnie i innym istotom. Nie uprawiacie ciemnej magii. Dlatego proszę, dopóki nie wrócimy do wioski, nie używaj mojego imienia. Po prostu zapomnij o nim.

– Dobrze je pamiętam, jak mogę zapomnieć?

– Zamknij oczy, pomogę ci.

Dziewczynka posłusznie zamknęła oczy. Krasnoludek dotknął jej skroni. Chwilę trzymał swoje dłonie na jej główce. Marysia otworzyła oczy i popatrzyła na swojego towarzysza, marszcząc brwi, jakby się nad czymś zastanawiała. Krasnoludek uśmiechnął się do niej.

– Zapomniałaś moje imię i imiona innych krasnoludków. Przypomnisz sobie, gdy będzie już bezpiecznie.

– Jak mam ciebie nazywać?

– Krasnoludkiem, to wystarczy.

– A moje imię, też mamy je zapomnieć?

– Nie trzeba Marysiu. Jesteś człowiekiem. Wasze imiona nie mają czarodziejskiej mocy.

– Szkoda – Marysia westchnęła z żalem.

– Ale, ale…. niektórym ludziom odsłania się z czasem ich prawdziwe imię. Kiedy Tobie zdarzy się coś takiego, to pamiętaj, że nikomu, ale to nikomu, nawet mnie, nie możesz go zdradzić.

– Jak poznam to imię?

– Będziesz wiedziała. Tego nie da się pomylić z niczym innym.

– Krasnoludku, dokąd teraz pójdziemy? Czy niedługo wrócimy do wioski?

– Marysiu, mam nadzieję, że kiedyś wrócimy do wioski lub zbudujemy ją w innym miejscu. Teraz pójdziemy do Szkoły Czarowania, która istnieje Pomiędzy.

– Pomiędzy? Nie rozumiem.

– Szkoła istnieje pomiędzy światami, a nawet Wszechświatami. Jest gdzieś, poza czasem i przestrzenią. To gdzieś trudno określić, bo prawdopodobnie się porusza i ciągle zmienia swoje położenie. Dlatego mówimy, że jest Pomiędzy.

– Boję się tego Pomiędzy… Musimy tam iść?

– Jest tam bezpiecznie. Po ostatnich wydarzeniach, szkoła stała się schronieniem dla wróżek i czarodziejów ze wszystkich światów i wszechświatów Pomagają tym światom i ich mieszkańcom. Poza tym wspierają czarodziejów, wróżki i wszystkich, którzy nadal są w swoich światach i walczą o ich przetrwanie. Opiekują się również ludźmi, którzy coraz częściej przypadkowo trafiają do szkoły. Znajdziemy tam schronienie i zajęcie.

– Skąd to wiesz?

– Od Merlina. Zaprosił nas w imieniu Babci Jagi, która jest dyrektorem Szkoły Czarowania.

– A inne krasnoludki?

– Mam nadzieję, że przeżyły. Może również tam przyjdą.

Marysia westchnęła cichutko i pomyślała o swoich przyjaciołach. Czy zobaczy ich jeszcze?

Skowronek śpiewał dalej, a powietrze przed Marysią i Krasnoludkiem rozjaśniło się, zadrgało i ich oczom ukazały się otwarte drzwi. Stał w nich Merlin i gestem dłoni zapraszał do środka.

Poszli za nim.

Autor: Archiwista SC

Różnobarwne drzewa – 36

Różnobarwne drzewa przyciągały wzrok. Złota polska jesień cieszyła oczy. Właśnie wtedy, wspinając się po zboczu, poczułem więź z otoczeniem, taką bezpośrednią, wręcz materialną.

Połoniny, las, słońce i kolorowi ludzie. Jacyś wyciszeni, z oczami pełnymi zadumy, może refleksji. Prawie bez słów, będący częścią tego miejsca i piękna.

Było spokojnie, jesiennie, słonecznie, świątecznie i przyszły marzenia, aby to zachować i przenieść do dni powszednich.

Autor: Celownik

Delikatna mgiełka – 42

Delikatna mgiełka unosiła się nad łąkami. Pierwsze promienie wschodzącego słońca łagodnie oświetlały rzekę, mgiełkę, łąki i drobniutką sylwetkę skowronka, którego poranny śpiew pieścił uszy i cieszył serca słuchaczy.

Na prastarym brzegu Wisły biegały zające. Wybrały oświetlony słońcem teren, by rozgrzać się w biegu. Nieopodal przechodził profesor-biolog. Bardzo lubił przyrodę w każdej postaci.

Dzisiaj, zauroczony śpiewem skowronka, rozłożył statyw i przykręcił do niego aparat. Z majestatem uzbroił go w specjalny i profesjonalny obiektyw, a następnie zaczął pomiar światła.

W związku z tym, że mgła nie pomagała w zrobieniu dobrych zdjęć, profesor postanowił zjeść bardzo wczesne śniadanie. Słodka bułka plus kawa wpłynęły dobrze na jego i tak dobre samopoczucie.

Po śniadaniu warunki zdjęciowe były już bardzo dobre.

Autor: Adam

Różnobarwne drzewa – 35

Różnobarwne drzewa przyciągały wzrok. Złota polska jesień cieszyła oczy. Właśnie wtedy przez park szła pewna kobieta. Miała na sobie brudny płaszcz, uszyty z rozmaitych łatek. Ludzie odwracali się od niej ze wstrętem – jakby śmierdziała.

Z kolei ona z miłym uśmiechem podchodziła do ludzi i podawała im przedmioty, które zgubili lub które były im potrzebne. Ci przyjmowali te przedmioty, po czym kopali kobietę albo obrzucali ją błotem. Czasami szli wyżej, wspinając się po jej plecach i zamiast podciągnąć ją za sobą do góry – odtrącali ją i spychali na dół. Wtedy kobietę zaczynała otaczać jakby czarna chmura. Gdy chmura się przerzedzała i znikała, kobieta zaczynała pomagać kolejnym osobom.

W pewnej chwili przystanęła. Spuściła głowę, opuściła ramiona. Zamyśliła się. Z nieba rozległ się głos podobny do grzmotu, mówiący słowa: „Już czas. Teraz. To właściwa pora”.

Kobieta powoli podniosła głowę, wyprostowała się. Jej twarz rozpogodziła się, a płaszcz z łatek rozpadł się na kawałki, które uleciały z wiatrem. Okazało się, że ubrana jest w piękną, połyskliwą suknię, która dopiero teraz ukazała się w pełnej krasie.

Cała kobieta promieniała blaskiem. Światło biło z jej twarzy, rąk, z całej postaci. Robiła wrażenie osoby spokojnej i przepełnionej wewnętrzną radością.

Już nie zabiegała o uwagę ludzi. Nie podawała im zgubionych lub potrzebnych im przedmiotów. Po prostu świeciła…

A ludzie przyglądali się jej z rosnącą sympatią. Przynosili prezenty. Zagadywali. Proponowali współpracę. Szukali różnych pretekstów, byle tylko być w pobliżu i porozmawiać z nią choć przez chwilkę. To, co się działo z nimi, gdy byli blisko niej, bardzo im się podobało.

Nawet nie zauważyli, że nie tylko ją darzą sympatią i szacunkiem, ale też sami nawzajem zaczęli się szanować i współpracować ze sobą.

Życzliwość szerzyła się na całym świecie…

Autor: Brzozowa Bajdulka

Delikatna mgiełka – 41

Delikatna mgiełka unosiła się nad łąkami. Pierwsze promienie wschodzącego słońca łagodnie oświetlały rzekę, mgiełkę, łąki i drobniutką sylwetkę skowronka, którego poranny śpiew pieścił uszy i cieszył serca słuchaczy. Na prastarym brzegu Wisły właśnie obudził się wielki stary pająk. Rozejrzał się swymi błyszczącymi oczkami dookoła i ze zdziwieniem zobaczył, że sąsiad śpi, zwieszony na kądziołkach, w zakamarku swej pajęczyny, wyglądając jak prześliczny kandelabr. Długie nogi złożył w każdym stawie, a ostatnie ich człony zwiesił dookoła, stopami na zewnątrz. Na każdej nóżce lśniły maleńkie kropelki rosy.

Stary pająk uwił swą pajęczynę w spiralę. Jeden z jego sąsiadów – w półkole, rozpięte szprychami cienkich nitek, a każda była misternie zawieszona na szarym listku piołunu. Jeszcze inny miał pajęczynę jak latawiec wypełniony delikatnymi żebrami. Wszystkie pajęczyny napięte na krzewinach srebrnego ziela, obsypane cudownymi klejnotami kropli rosy, które tak wspaniale podkreślały kształty pajęczych pułapek.

Wtedy wschodzące słońce rozświetliło ten niebywały spektakl. Gdzieniegdzie, w kroplach, można było zobaczyć maleńkie tęcze…

Autor: Kolor

Różnobarwne drzewa – 34

Różnobarwne drzewa przyciągały wzrok. Złota polska jesień cieszyła oczy. Właśnie wtedy patrzyłam na smukłą, piękną lipę, oświetloną promieniami słońca, przebijającymi się przez chmury. Czułam radość…

Wnet lekki podmuch wiatru strącił mrowie lipowych liści, które wirując, spokojnie, lekko i powoli opadały na dół. W ich tańcu ujrzałam piękno, które zaczęło wbudowywać się we mnie. Owego piękna było we mnie coraz więcej i więcej, a wraz z nim przyszła lekkość.

Z sąsiedniego domku wyszli sąsiedzi. On wiceprezes naszego związku. Ludzie mieli do niego dużo żalu za podejmowane decyzje.

Zaczęłam z nim rozmawiać, bo w sercu poczułam potrzebę budowania życzliwości w kontakcie z owym panem.

Nie miałam ochoty na żal.

Autor: Danuta Majorkiewicz

Na dnie szuflady – 45

Na dnie szuflady leżała paczuszka listów, przewiązanych różową wyblakłą wstążeczką. Towarzyszyły jej: biały kamyczek, bukiecik zasuszonych fiołków i stara pożółkła fotografia…

„Mistrzu, ale zaszalałeś… romantyk z ciebie czy co?” – pomyślał o Merlinie młody adept magii, który miał wykonać swoje dyplomowe zadanie. Głośno zapytał:

– Gdzie jestem? Planeta? Czas? …

Cisza….

„Co mam robić? Przecież w tej szufladzie ma znajdować się broń, oręż, jaki mam użyć w decydującym starciu. Świat się wali… Egzamin egzaminem, ale świat zawsze się wali, gdy któryś z nas kończy nauki. I jeśli go nie uratuję na czas, to się rozwali kompletnie i potem będzie tworzył się na nowo, kawałek po kawałku… Jak wtedy, gdy Merlin oblał swój pierwszy egzamin” – myślał młody mag, stojący przed wysuniętą szufladą z listami, kwiatkami, kamykiem i fotografią.

„Kiedy świat zginie, stracę moich bliskich, tych co kocham. Nie mogę na to pozwolić” – myślał dalej.

– Poproszę do dodatkowe informacje – powiedział głośno do podręcznego komunikatora.

Zobaczył przed sobą hologram. Dwie olbrzymie armie ścierały się. Biali walczyli z Czarnymi, Czarni z Białymi, a Szarzy walczyli ze sobą i ze wszystkimi jednocześnie. Nad armiami królowały potężne sylwetki dwóch rozzłoszczonych postaci, nie przypominających ani ludzi, ani magów. Wydawało się, że nie ma w nich nic ludzkiego. Obie potężne i obie straszne. Biała postać miała czarne berło, Czarna postać miała białe berło…

Młody adept bezradnie popatrzył na wysuniętą szufladę, na listy i fotografię. Zobaczył na niej zażółcony ze starości symbol yin-yang.

Charakterystyczne łezki tworzące koło. Ciemną łezkę z jasną kropką w środku i jasną łezkę z ciemną kropeczką.

Ciemne kiedyś chyba było czarne, zażółcone jasne chyba było białe… przynajmniej tak mu się wydawało.

Skupił się, by pomyśleć, co ma teraz zrobić…

Pokazać się obu postaciom i ich wojskom? Przeanalizował możliwe warianty wydarzeń i uznał, że nie warto. Może stracić życie, a gdy będzie martwy, to nie wykona zadania…

Przypomniał sobie swoich nauczycieli: Merlina, Babcię Jagę, Czarodziejkę Jagodę, Wróżkę Jenczy, Głos, Borówkę i innych… Zobaczył salę lekcyjną. Usłyszał, jak Jagódka i Kokoryczka proszą o wyjaśnienie, bo nie zrozumiały strategii wykładanej na lekcji. Przypomniał sobie, jak Babcia Jaga dobrotliwym głosem mówiła, że nawet najbardziej leniwi uczniowie Szkoły Czarowania, są zbyt pracowici. Bo działają, zamiast nadać ruch i pozwolić, by rzeczy same się „działy”. Głos wtedy dodał, że najlepsi czarodzieje powstrzymują się przed wyręczaniem ludzi, czarodziejów i historii. Czarodziejka Jagoda z kolei tłumaczyła, że należy znaleźć coś drobnego, coś co, gdy będzie uleczone, to uleczy cały system…

Popatrzył uważnie na brudny symbol. Pomyślał, że najpierw go oczyści i uzdrowi. A potem zdecyduje, co dalej…

Skupił się i połączył z energią źródła. Poczuł, jak przepływają przez niego oczyszczające fale, które opróżniały jego umysł, uzdrawiały ciało i intencje. Wziął fotografię z symbolem yin-yang i wyobraził sobie, że ta oczyszczająca fala przenika zarówno zdjęcie, jak i symbol, który był fotografowany. Wyobraził sobie, że oczyszczenie obejmuje również pojmowanie tego symbolu przez wszystkie istoty, które myślą, czują, mają świadomość…..

Fale przetaczały się przez jego umysł i ciało, przez fotografię i wszystkie przedmioty znajdujące się w pokoju. Rozlewały się i rozchodziły coraz dalej – jak kręgi na wodzie.

Kiedy poczuł, że oczyszczenie dobiegło końca, poprosił źródło o uzdrowienie, o wzmacniającą, uzdrawiającą energię. Oraz o to, by właściwy porządek rzeczy zapanował na świecie – zarówno w widzialnych, jak i niewidzialnych wymiarach.

Potem poprosił o miłość. Agape – bezinteresowną i wszechogarniającą…

Nie liczył czasu, trwał w medytacji długo. W pewnej chwili poczuł, że już zrobił to, co do niego należało.

Dwie armie nadal walczyły, ale… zniknęły sylwetki rozzłoszczonych postaci.

– Zuch chłopak – usłyszał w swojej głowie nieznany głos.

– Jaki zuch – odezwał się drugi – zepsuł nam zabawę.

– Wiesz, troszkę żeśmy się zagalopowali – skomentował pierwszy.

Młody adept zobaczył, że biała postać z czarnym berłem i czarna postać z biały berłem przypatrują mu się i przyglądają się też wysuniętej szufladzie…

– Listy, są tutaj…

– Wszystkie?

– Tak, kamyk i fiołki również…

– To po co, żeśmy się tłukli?

– Dla rozrywki…

– Hmmm, idziemy na piwo?

– Jasne!

Obydwaj wyszli z pokoju, nie zwracając uwagi na młodego adepta.

Armie przestały walczyć.

– Poproszę o informacje – powiedział do swojego komunikatora.

– Zdałeś egzamin – odezwał się głos Merlina.

– Ale ja nie rozumiem…

– Wracaj do szkoły, odpoczniesz i później porozmawiamy.

– Dobrze Merlinie.

   * * *

Zmieszany i zaskoczony obrotem wydarzeń, teleportował się do szkoły. Zdziwiony patrzył, jak uczniowie i nauczyciele biją mu brawo. Kokoryczka i Jagódka uśmiechały się do niego.

– Nie rozumiem – zaczął bezradnie – ja…

– To może przestaniesz wyśmiewać się z dziewczyn, że zadają pytania na lekcji? – zapytała rzeczowo Zyta.

– Daruj mu – poprosiła Jęczyduszka – wyśpi się i sam zrozumie, co zrobił i czemu właśnie to zadziałało.

Autor: Archiwista SC

Różnobarwne drzewa – 33

Różnobarwne drzewa przyciągały wzrok. Złota polska jesień cieszyła oczy. Właśnie wtedy pomyślałem o nim, o denerwujku. Tak jakoś niespodziewanie przyszedł mi na myśl, gdy patrzyłem na jesień za oknem, a oczy widziały szyby i płynący po nich deszcz. Wujek był dokładnie taki jak kotka sąsiadów, którą widziałem przed chwilą, wracając do domu. Przypominała mi ona wujka, może dlatego pomyślałem o nim?

Miałem ją jeszcze przed oczami, całą zmokniętą. Siedziała na kamiennym ogrodzeniu i patrzyła gdzieś w bok znudzona. Nie raczyła na mnie nawet spojrzeć, a przechodziłem pod samym ogrodzeniem i nawet stanąłem, aby na nią popatrzeć i patrzyłem na nią z ciekawością. Była przemoknięta. Futerko w zlepionych wodą kłaczkach wyglądało dziwnie i tak po prostu sobie siedziała, i patrzyła gdzieś w głąb ulicy. Wydawała się ładna, zawsze była ładna, ale teraz, gdy padał na nią deszcz, a futro nie było puszyste tylko namoczone i nie poruszając się, wyglądała jak wymalowana figurka wykonana z porcelany i jakby na coś czekała, może kogoś. Kłębek wełny, a wewnątrz naprężona stal, to z jakiegoś wiersza. Tu kłębek wełny był mokry w glutach i moknął z własnej chęci. Ale znałem ten kłębek wełny i nie było łatwo go dotknąć. Znaczy się, można było dotknąć, jak nie odwróciła się i nie odeszła, ale… to było ryzykowne, mogła się po prostu wyślizgnąć i sobie pójść, ale też mogła podrapać.

Kotka sąsiadów. Czy kogoś kochała? Nie wiem. A czy chociaż lubiła ona coś lub kogoś? Lubiła i to zdecydowanie, lubiła wędzoną makrelę. Coś do niej ją ciągnęło. Wędzona ryba, tłusta, wyciągnięta na stół, przyciągała ją jak zaproszenie i przychodziła jak cień oknem, czy drzwiami balkonowymi i pojawiała się obok stołu. Gdy była sama, wychodziła z rybą w zębach. Gdy był ktoś, wtedy podchodziła i miauczała przyjaźnie, a ignorowana przechodziła pod nogami zaczepiając tego kogoś ogonem, dotykając łapką dopominała się o jedzenie. Nie przychodziła często, może traktowała to jak wyjście do restauracji? Ale starą kiełbasę lubiła szczególnie i nie wiem dlaczego, lubiła też wątróbkę. Jeśli pokazało się jej kawałek zjełczałej kiełbasy, a tego to mieliśmy dużo na zbyciu, gdy już mieliśmy, choć zdarzało się to rzadko, wtedy można ją było namówić na podejście, pogłaskać, czy pieszczotliwie pociągnąć za uszy, czy ogon. Inaczej, to było niebezpieczne i trzeba było w stosunku do niej używać siły, znaczy miękkiej i zdecydowanej siły, postępując jak z dzieckiem, albo stosować zasady podstępu, by zaciekawić tego kota, a nie było to proste.

Teraz patrzyła sobie gdzieś tam. Padał ten drobny deszcz. Nie było co stać i patrzeć, ruszyłem, aby odejść. Kotka też się poruszyła, szybkim ruchem, jak sprężynka. Stała już na łapkach i szła po ogrodzeniu i zeskoczyła z tamtej strony. Wróciła do domu, aby nie moknąć – pomyślałem, nie głupia, ale zanim przeszedłem kilka metrów, pod bramą tej posesji coś się przecisnęło i kotka wyszła na ulicę, stanęła metr przede mną i od razu usiadła.

Patrzyliśmy na siebie. Teraz patrzyliśmy na siebie. Mokła. Chciała, by ją pogłaskać? Pewnie tak. Zdawała się mówić, jaki jesteś niedomyślny? Ale była mokra jak szmatka do podłóg. Pogłaskać, wziąć na ręce? Można było wziąć ją na ręce i zanieść do domu osuszyć ręcznikiem, ale czy się da wziąć na ręce, czy skończy się na szarpaniu z kotem sąsiadów? Pogłaskać to coś mokrego, a może jeszcze przytulić? Można było, ale nie miałem chęci dotykać tego czegoś mokrego, brudnego. Deszcz padał. Jesień, polska jesień, złota, ale wilgotna i chłodna, i zaczynał się wieczór, i wydawało się, że jest smutno. Ominąłem ją i poszedłem do domu. I teraz patrzyłem na jesień i myślałem, że mój wujek jest taki sam, jak ten kot. Denerwujek. Tyle, że kot wydawał się sympatyczniejszy.

Autor: Janusz Nitkiewicz

Na dnie szuflady – 44

Na dnie szuflady leżała paczuszka listów, przewiązanych różową wyblakłą wstążeczką. Towarzyszyły jej: biały kamyczek, bukiecik zasuszonych fiołków i stara pożółkła fotografia. Zaglądałam do niej bardzo często i za każdym razem robiło mi się smutno i czułam się winna, choć nie wiem dlaczego.

W tej szufladzie były przechowywane stare pamiątki rodzinne. Jedyne, jakie ocalały z wojennych zniszczeń i licznych przeprowadzek. Listy pisał jeden z moich prapradziadków do swojej młodej żony, mojej praprababci. Nie wiem, czemu zostali rozłączeni, ani czy znowu się spotkali. Rodzinne legendy podają różne zakończenia tej historii.

Otwierając szufladę, czułam smutek, żal i cierpienie rozłączonych małżonków, a jednocześnie nie mogłam nic zrobić, żeby im pomóc. Ich tragedia rozgrywała się wiele, wiele lat temu. Ich miłość, mam nadzieję, żyje nadal w ich potomkach. We mnie również. Dostałam ją razem z życiem od moich rodziców.

Wiem, że tragiczne losy mieli również pradziadkowie, dziadkowie, rodzice… Czy mnie też czekają?

Usłyszałam, a może raczej poczułam w głowie maleńki, dźwięczny dzwonek, który rozproszył czarne myśli.

Zadałam sobie pytania: „po co moi pradziadkowie zachowali te pamiątki? Czemu hołubili je dziadkowie, a następnie rodzice? Po to, żeby pamiętać o cierpieniach, czy żeby pamiętać o miłości? Co teraz z tymi pamiątkami zrobiliby moi prapradziadkowie? Co ja bym z nimi zrobiła na ich miejscu?”

Wzięłam duże, piękne ozdobne pudełko i włożyłam do niego listy, fotografię, kamyczek i bukiecik zasuszonych fiołków. W albumie rodzinnym odszukałam zdjęcia pradziadków, dziadków oraz moich rodziców. Wyjęłam je z albumu i włożyłam do pudełka. Wybrałam drobiazgi, kojarzące mi się z moimi dziadkami i rodzicami, oraz zdjęcia z zabaw, imprez i wycieczek z moją rodziną. To wszystko też włożyłam do pudełka. Włożyłam moje zdjęcie i malutką maskotkę, którą bardzo lubiłam. Na wierzch położyłam zdjęcia moich dzieci. Zamknęłam pudełko i obwiązałam wstążką. Zawiązałam ładną kokardę.

Uznałam, że zawartość pudełka będziemy oglądać całą rodziną i że będziemy to robić bardzo rzadko, przy szczególnych okazjach. Po to, by podkreślić świąteczną okazję i znaczenie tych pamiątek. Wtedy też do pudełka będziemy dokładać kolejne drobiazgi.

Szufladę na razie zostawiłam pustą.

Później zdecyduję, co do niej włożyć.

Autor: Jagoda