Różnobarwne drzewa – 40

Różnobarwne drzewa przyciągały wzrok. Złota polska jesień cieszyła oczy. Właśnie wtedy oczom wędrowców ukazał się strumień, przecinający górską drogę. Za strumieniem widać było rozwidlenie dróg. Jedna wiodła do lasu, druga na polanę. Drogowskaz na rozdrożu pokazywał o dziwo tę samą nazwę miejscowości w obu kierunkach. Różnica była taka, że do osady leśnej było dalej, a do polany bliżej.

Grupa jednogłośnie orzekła, że wybiera drogę bliższą, gdyż do zmroku pozostała już tylko godzina.

Autor: Adam

Różnobarwne drzewa – 39

Różnobarwne drzewa przyciągały wzrok. Złota polska jesień cieszyła oczy. Właśnie wtedy na przystanek podjechał autobus. Wsiadło do niego kilka osób. Wysiadło również kilka. Gdy autobus ruszył, wzbił chmurę opadłych liści. Pachniało kasztanami. Ruch na ulicy był raczej duży, a w sklepie warzywnym utworzyła się kolejka, bo dowieziono imbir.

Sprzedawca ze zdziwieniem obserwował, jak wiele osób kupuje to warzywo, jako dodatek do jesiennych potraw. Jakieś dziecko zapytało rodzica, czy kupuje odpowiednio więcej, by nakarmić także psa.

Cóż, nie wiadomo, czy były robione jakieś badania odnośnie wpływu imbiru na dietę czworonogów.

Autor: Adam

Różnobarwne drzewa – 38

Różnobarwne drzewa przyciągały wzrok. Złota polska jesień cieszyła oczy. Właśnie wtedy, kiedyś, mały zielony ludek pojawił się na Ziemi. Cały ludek przybył na mikrokomecie, która wpłynęła w ziemską atmosferę.

Wszyscy bezpiecznie wylądowali. Rozbiegli się po okolicy i uznali, że planeta bardzo im się podoba. Zaczęli budować domy na drzewach. Rozmawiali ze zwierzętami, ptakami i owadami, a nawet z niektórymi ludźmi.

Ich nazwa w ich rodzimym języku była tak długa i skomplikowana, że ludzie zaczęli ich nazywać po prostu zielonymi ludkami, leśnym ludkiem lub elfami.

Autor: Ewa Damentka

Różnobarwne drzewa – 37

Różnobarwne drzewa przyciągały wzrok. Złota polska jesień cieszyła oczy. Właśnie wtedy widziano grupę osób, które bardzo się cieszyły, będąc we własnym otoczeniu.

Każda osoba, zarówno już obecna, jak i nowo przybyła, mogła czuć się swobodnie, będąc dokładnie taką, jaką jest i nie musząc nikogo udawać.

Społeczność ta rozrastała się, gdyż działała moc przyciągania osób, które się w niej znajdowały.

Każdy kto chciał, z czasem stawał się taką osobą, jaką inni ludzie chcieliby być…

Autor: Bubulubu

Różnobarwne drzewa – 36

Różnobarwne drzewa przyciągały wzrok. Złota polska jesień cieszyła oczy. Właśnie wtedy, wspinając się po zboczu, poczułem więź z otoczeniem, taką bezpośrednią, wręcz materialną.

Połoniny, las, słońce i kolorowi ludzie. Jacyś wyciszeni, z oczami pełnymi zadumy, może refleksji. Prawie bez słów, będący częścią tego miejsca i piękna.

Było spokojnie, jesiennie, słonecznie, świątecznie i przyszły marzenia, aby to zachować i przenieść do dni powszednich.

Autor: Celownik

Różnobarwne drzewa – 35

Różnobarwne drzewa przyciągały wzrok. Złota polska jesień cieszyła oczy. Właśnie wtedy przez park szła pewna kobieta. Miała na sobie brudny płaszcz, uszyty z rozmaitych łatek. Ludzie odwracali się od niej ze wstrętem – jakby śmierdziała.

Z kolei ona z miłym uśmiechem podchodziła do ludzi i podawała im przedmioty, które zgubili lub które były im potrzebne. Ci przyjmowali te przedmioty, po czym kopali kobietę albo obrzucali ją błotem. Czasami szli wyżej, wspinając się po jej plecach i zamiast podciągnąć ją za sobą do góry – odtrącali ją i spychali na dół. Wtedy kobietę zaczynała otaczać jakby czarna chmura. Gdy chmura się przerzedzała i znikała, kobieta zaczynała pomagać kolejnym osobom.

W pewnej chwili przystanęła. Spuściła głowę, opuściła ramiona. Zamyśliła się. Z nieba rozległ się głos podobny do grzmotu, mówiący słowa: „Już czas. Teraz. To właściwa pora”.

Kobieta powoli podniosła głowę, wyprostowała się. Jej twarz rozpogodziła się, a płaszcz z łatek rozpadł się na kawałki, które uleciały z wiatrem. Okazało się, że ubrana jest w piękną, połyskliwą suknię, która dopiero teraz ukazała się w pełnej krasie.

Cała kobieta promieniała blaskiem. Światło biło z jej twarzy, rąk, z całej postaci. Robiła wrażenie osoby spokojnej i przepełnionej wewnętrzną radością.

Już nie zabiegała o uwagę ludzi. Nie podawała im zgubionych lub potrzebnych im przedmiotów. Po prostu świeciła…

A ludzie przyglądali się jej z rosnącą sympatią. Przynosili prezenty. Zagadywali. Proponowali współpracę. Szukali różnych pretekstów, byle tylko być w pobliżu i porozmawiać z nią choć przez chwilkę. To, co się działo z nimi, gdy byli blisko niej, bardzo im się podobało.

Nawet nie zauważyli, że nie tylko ją darzą sympatią i szacunkiem, ale też sami nawzajem zaczęli się szanować i współpracować ze sobą.

Życzliwość szerzyła się na całym świecie…

Autor: Brzozowa Bajdulka

Różnobarwne drzewa – 34

Różnobarwne drzewa przyciągały wzrok. Złota polska jesień cieszyła oczy. Właśnie wtedy patrzyłam na smukłą, piękną lipę, oświetloną promieniami słońca, przebijającymi się przez chmury. Czułam radość…

Wnet lekki podmuch wiatru strącił mrowie lipowych liści, które wirując, spokojnie, lekko i powoli opadały na dół. W ich tańcu ujrzałam piękno, które zaczęło wbudowywać się we mnie. Owego piękna było we mnie coraz więcej i więcej, a wraz z nim przyszła lekkość.

Z sąsiedniego domku wyszli sąsiedzi. On wiceprezes naszego związku. Ludzie mieli do niego dużo żalu za podejmowane decyzje.

Zaczęłam z nim rozmawiać, bo w sercu poczułam potrzebę budowania życzliwości w kontakcie z owym panem.

Nie miałam ochoty na żal.

Autor: Danuta Majorkiewicz

Różnobarwne drzewa – 33

Różnobarwne drzewa przyciągały wzrok. Złota polska jesień cieszyła oczy. Właśnie wtedy pomyślałem o nim, o denerwujku. Tak jakoś niespodziewanie przyszedł mi na myśl, gdy patrzyłem na jesień za oknem, a oczy widziały szyby i płynący po nich deszcz. Wujek był dokładnie taki jak kotka sąsiadów, którą widziałem przed chwilą, wracając do domu. Przypominała mi ona wujka, może dlatego pomyślałem o nim?

Miałem ją jeszcze przed oczami, całą zmokniętą. Siedziała na kamiennym ogrodzeniu i patrzyła gdzieś w bok znudzona. Nie raczyła na mnie nawet spojrzeć, a przechodziłem pod samym ogrodzeniem i nawet stanąłem, aby na nią popatrzeć i patrzyłem na nią z ciekawością. Była przemoknięta. Futerko w zlepionych wodą kłaczkach wyglądało dziwnie i tak po prostu sobie siedziała, i patrzyła gdzieś w głąb ulicy. Wydawała się ładna, zawsze była ładna, ale teraz, gdy padał na nią deszcz, a futro nie było puszyste tylko namoczone i nie poruszając się, wyglądała jak wymalowana figurka wykonana z porcelany i jakby na coś czekała, może kogoś. Kłębek wełny, a wewnątrz naprężona stal, to z jakiegoś wiersza. Tu kłębek wełny był mokry w glutach i moknął z własnej chęci. Ale znałem ten kłębek wełny i nie było łatwo go dotknąć. Znaczy się, można było dotknąć, jak nie odwróciła się i nie odeszła, ale… to było ryzykowne, mogła się po prostu wyślizgnąć i sobie pójść, ale też mogła podrapać.

Kotka sąsiadów. Czy kogoś kochała? Nie wiem. A czy chociaż lubiła ona coś lub kogoś? Lubiła i to zdecydowanie, lubiła wędzoną makrelę. Coś do niej ją ciągnęło. Wędzona ryba, tłusta, wyciągnięta na stół, przyciągała ją jak zaproszenie i przychodziła jak cień oknem, czy drzwiami balkonowymi i pojawiała się obok stołu. Gdy była sama, wychodziła z rybą w zębach. Gdy był ktoś, wtedy podchodziła i miauczała przyjaźnie, a ignorowana przechodziła pod nogami zaczepiając tego kogoś ogonem, dotykając łapką dopominała się o jedzenie. Nie przychodziła często, może traktowała to jak wyjście do restauracji? Ale starą kiełbasę lubiła szczególnie i nie wiem dlaczego, lubiła też wątróbkę. Jeśli pokazało się jej kawałek zjełczałej kiełbasy, a tego to mieliśmy dużo na zbyciu, gdy już mieliśmy, choć zdarzało się to rzadko, wtedy można ją było namówić na podejście, pogłaskać, czy pieszczotliwie pociągnąć za uszy, czy ogon. Inaczej, to było niebezpieczne i trzeba było w stosunku do niej używać siły, znaczy miękkiej i zdecydowanej siły, postępując jak z dzieckiem, albo stosować zasady podstępu, by zaciekawić tego kota, a nie było to proste.

Teraz patrzyła sobie gdzieś tam. Padał ten drobny deszcz. Nie było co stać i patrzeć, ruszyłem, aby odejść. Kotka też się poruszyła, szybkim ruchem, jak sprężynka. Stała już na łapkach i szła po ogrodzeniu i zeskoczyła z tamtej strony. Wróciła do domu, aby nie moknąć – pomyślałem, nie głupia, ale zanim przeszedłem kilka metrów, pod bramą tej posesji coś się przecisnęło i kotka wyszła na ulicę, stanęła metr przede mną i od razu usiadła.

Patrzyliśmy na siebie. Teraz patrzyliśmy na siebie. Mokła. Chciała, by ją pogłaskać? Pewnie tak. Zdawała się mówić, jaki jesteś niedomyślny? Ale była mokra jak szmatka do podłóg. Pogłaskać, wziąć na ręce? Można było wziąć ją na ręce i zanieść do domu osuszyć ręcznikiem, ale czy się da wziąć na ręce, czy skończy się na szarpaniu z kotem sąsiadów? Pogłaskać to coś mokrego, a może jeszcze przytulić? Można było, ale nie miałem chęci dotykać tego czegoś mokrego, brudnego. Deszcz padał. Jesień, polska jesień, złota, ale wilgotna i chłodna, i zaczynał się wieczór, i wydawało się, że jest smutno. Ominąłem ją i poszedłem do domu. I teraz patrzyłem na jesień i myślałem, że mój wujek jest taki sam, jak ten kot. Denerwujek. Tyle, że kot wydawał się sympatyczniejszy.

Autor: Janusz Nitkiewicz

Różnobarwne drzewa – 32

Różnobarwne drzewa przyciągały wzrok. Złota polska jesień cieszyła oczy. Właśnie wtedy wiatr zrzucił na moje ramię brązowo-czerwono-żółtego liścia kasztanowca… Idealna wielkość, kształt i kolory.

Właśnie taki liść będzie idealny, jako zakładka czytanej właśnie książki. Skąd wiedział, że akurat teraz go potrzebuję? Człowiek z liściem na ramieniu?

Autor: Ewa Majewska

Różnobarwne drzewa – 31

Różnobarwne drzewa przyciągały wzrok. Złota polska jesień cieszyła oczy. Właśnie wtedy pomyślałam, że pora coś zmienić w moim życiu i uwolnić się od głodu bycia akceptowaną przez wszystkich i od lęku przed tym, że coś się nie uda w życiu czy w pracy. Przecież nie zawsze taką byłam. Zwykle umiałam walczyć o wszystkich i o wszystko, nigdy o siebie. Zawsze miałam sukces wpisany w życie, ale absolutnie nie wierzyłam w siebie. Jak to się mogło stać?

Przecież byłam ślicznym, inteligentnym, zdolnym dzieckiem…

Gdy patrzyłam na różnobarwne liście, przypomniała mi się szkoła. Pierwsza klasa. Mama zachorowała, a mnie powiedziano, że powinnam mamie przynosić radość swoim postępowaniem. Żeby to robić, zawsze miałam być grzeczna. Potem uciszano mnie, gdy się bawiłam, a ja nauczyłam się, że nie tylko mam być grzeczna, ale również cicha i posłuszna. Nauczyłam się też, że nie mam robić tego, co chcę, tylko to, czego po mnie oczekiwano.

Nadmorska jesień była dla mnie dopełnieniem. Niestety trwała krótko i nigdy nie zdołałam pobrać z niej tego, czego mnie samej brakowało.

Czy te wydarzenia rzeczywiście miały wpływ na całe moje życie?

Nieważne – teraz, patrząc na piękną jesień, postanowiłam, że pora zaopiekować się osobą, którą dotąd pomijałam – czyli sobą samą. Ja też mam prawo do szczęśliwego życia.

Autor: Altruistka