Lekkie krople deszczu stukały o parapet. Niektóre spływały po szybie. Przez lekko zamglone okno widać było noc. Właściwie to niewiele było widać. Na ulicy paliły się wprawdzie latarnie, jednak zasłaniały je drzewa, na których było jeszcze trochę liści. Wiedziała, że te liście były, chociaż nie było ich widać. Przenikało przez nie coś czarno-białego, złowróżbnego i przeważała raczej czerń, a całość widoku okryta była białą mgiełką pary na szybie.
W pokoju musiało być wilgotno i musiało być ciepło, na zewnątrz natomiast zimniej. To ciepło nie dawało jednak błogości, wydawało się, takie mechaniczne, tak samo sztuczne, jak zimno na dworze. Zamglenie na szybach dodawało obrazowi za oknem duchowej poświaty, inaczej to byłaby czerń z gwiazdkami zimnego elektrycznego światła, a tak to co widziała wydawało się dodatkowo mgliste i niewyraźne. Brr, to nie był przyjemny widok.
Otrząsnęła się, czując bezsens tego własnego zachowania. Spojrzała, na stole leżała otwarta książka. Powietrze było nieprzyjemnie wilgotne i parne, a ona drżała. Żeby chociaż mogła poczuć senność w czasie patrzenia przez okno, ale co mogło być przyjemnego w patrzeniu na taki bezsensowny widok widziany poprzez matowe szkło? Sięgnęła po chusteczkę i wysmarkała nos. Co może być przyjemnego w przeziębieniu, w innej chorobie?
Może, napiłaby się gorącej herbaty? Ale, przecież i tak było jej gorąco, i czuła zmęczenie, raczej brak siły, tak dotkliwy, że wydało się jej niemożliwe, aby pokonać to wyzwanie i wstać z łóżka, pójść do kuchni… . I po co to? Lepiej byłoby zasnąć, ale nie mogła zasnąć. Znów spojrzała na książkę, nie miała chęci po nią sięgnąć. „Może wziąć jeszcze jedną tabletkę?” – pomyślała. „Może kilka i mieć spokój ze wszystkim?”, ale nie sięgnęła po tabletki.
Znów patrzyła na wilgoć na szybach, taką ciepłą mechaniczną wilgoć i na zimny widok za oknem. Lekkie krople deszczu stukały o parapet, niektóre ściekały po zamglonej szybie, tworząc mgliste linie opadające w dół.
Autor: Janusz Nitkiewicz