Polną drogą szedł samotny wędrowiec. Posłuchał głosu serca i opuścił rodzinny dom, by w szerokim wielkim świecie znaleźć to, czego dotąd brakowało mu w życiu. Szedł dziarskim krokiem i rozglądał się ciekawie dookoła, ponieważ nie wiedział, co to jest, a bardzo zależało mu, żeby to odnaleźć.
W pewnej chwili zobaczył las i usłyszał wróble kłócące się między sobą. Ćwir, ćwir, ćwir. Tak raczej usłyszał głośne ćwierkanie. Wróble go nie interesowały. On ich z pewnością też nie interesował. Co dzikiego wróbla może obchodzić człowiek? Ale czemu tak zajadle ćwierkały?
Wszedł pomiędzy drzewa i zobaczył żołnierza, a obok niego małego chłopczyka. Malec miał może osiem lat i karmił wróble, a one podlatywały i przepychały się, podskakiwały, by złapać coś dla siebie. Te bardziej zwinne chwytały okruszki w locie. Gdy malec przestawał rzucać okruchy, wróble zaczynały walczyć o drobiny leżące jeszcze na ziemi, a przy tym głośno ćwierkać. Może tak pokrzykiwały też na malca, by rzucił im jeszcze drobin chleba?
Chłopiec, był szczęśliwy, spojrzał na tatę, podnosząc wysoko głowę i coś mówił. Radość wychodziła z całej jego postaci z gestów, a wystarczyło karmić wróble. Tak, karmić wróble w towarzystwie. Karmić je w towarzystwie taty. Usłyszał odpowiedź żołnierza: „One uwielbiają czerstwy chleb”.
Patrzył na nich, ale udawał, że patrzy na wróble.
Czego ludzie potrzebują, wszyscy? Wiadomo, być przez kogoś kochanymi (akceptacji, bezpieczeństwa, poczucia niebycia samemu) i potrzebują czegoś jeszcze, być szczęśliwymi. Tego, że są kochani, nie uświadamiają sobie, gdy to mają, to wydaje się wtedy takie oczywiste i nie ważne. Drugie, bycie szczęśliwym, to bywa się szczęśliwym. A chciałoby się, a i niektórzy się tego domagają, by było cały czas. „Ten dzieciak jest szczęśliwy” – pomyślał – „ale tylko dziś przez te kilka godzin? A potem jego tato wyjedzie”.
Zapytał o coś żołnierza i okazało się, że nie tato, a wujek i że dzieciaki takie są, że one cieszą się z byle czego i że żołnierzowi ten nastrój też się udziela. Patrzył na nich i nie wierzył, dzieciaki są różne, krzykliwe i niezadowolone, i złośliwe. „A może żołnierz czuje, że ten mały też go kocha” – pomyślał – „taką miłością, jaką kocha się aktora, tyle że tu kogoś, kto się nim interesuje?”
Chleb się skończył i wróble się rozbiegły, a malec z żołnierzem poszli przez las na przełaj, jak mówił żołnierz na azymut. Malec podskakiwał i zaczepiał gałęzie.
Autor: Janusz Nitkiewicz