Polną drogą – 4

Polną drogą szedł samotny wędrowiec. Posłuchał głosu serca i opuścił rodzinny dom, by w szerokim, wielkim świecie znaleźć to, czego dotąd brakowało mu w życiu. Szedł dziarskim krokiem i rozglądał się ciekawie dookoła, ponieważ nie wiedział, co to jest, a bardzo zależało mu, żeby to odnaleźć.

W pewnej chwili zobaczył, że droga, którą szedł, rozwidla się. Ścieżkę po lewej stronie otaczała łąka. Biegały po niej zajączki i sarenki. Natomiast ścieżka po prawej stronie pełna była wyboistych kamieni, a jej boki okalały krzewy z ostrymi jak brzytwy cierniami. Miał przeczucie, że kierunek, który wybierze, zdecyduje o reszcie jego życia. Gdy skupił wzrok, zobaczył w oddali, że na krańcu każdej ze ścieżek znajduje się zamek. Ten po lewej, wykonany był z białej, perłowej masy, mieniącej się w słońcu wszystkimi kolorami. I choć cieszył oczy, to wędrowiec czuł, że to jednak nie jest jego miejsce. Zamek po prawej stronie wyglądał upiornie. Wykonany z czarnego marmuru, ze strzelistymi wieżami, przyprawiał go o dreszcz. Przypominał mu żywą czarną kobrę, o oczach czerwonych jak krew. Jednak, choć niechętnie sam przed sobą to przyznawał, to właśnie ku niemu skłaniało się jego serce. A dreszcze, które czuł, należały do rodzaju tych przyjemnych – ekscytacji, tajemniczości i zewu przygody. Po chwili wahania wybrał ścieżkę, która prowadziła do czarnego zamku. Zaciekawiony rozglądał się dookoła. Okolica przypominała mu pustynne piaski, z nieliczną krzewiastą roślinnością. Kamienie, którymi wybrukowana była droga, również czarne, wyglądały jak te, które pokrywają dna rzek. Na samym środku drogi siedział wielki, sięgający mu brody, srebrny lis. Miejscami jego futro miało rubinowy kolor, który układał się w tribalowy wzór. Jego spojrzenie wyrażało mądrość i wiedzę nabytą w ciągu setek lat. Czujne oczy obserwowały go.

– Witaj, podróżniku – usłyszał cichy głos w swoim umyśle. – Dokąd zmierzasz?

– Sam chciałbym wiedzieć – odparł wędrowiec – nie wiem czego chcę, ani czego szukam.

– Sądzisz, że znajdziesz to tutaj? W zamku Czarnego Lorda?

– Możliwe. Nigdy się nie dowiem, jeśli nie spróbuję – mężczyzna wzruszył ramionami.

– Zastanów się wędrowcze. Jeśli przekroczysz zamkowe wrota, nigdy już nie będziesz chciał opuścić zamku.

– Uwielbiam ryzyko – odparł buńczucznie wędrowiec.

– Nie zatrzymuję cię więc.

Srebrny lis zniknął i droga stanęła otworem. Mężczyzna powędrował nią w kierunku zamku. Po trzech dniach przekroczył zamkowe wrota. To, co go spotkało w zamku, oraz co tam znalazł, należy już do zupełnie innej historii.

Autor: Ewelina