Różnobarwne drzewa – 33

Różnobarwne drzewa przyciągały wzrok. Złota polska jesień cieszyła oczy. Właśnie wtedy pomyślałem o nim, o denerwujku. Tak jakoś niespodziewanie przyszedł mi na myśl, gdy patrzyłem na jesień za oknem, a oczy widziały szyby i płynący po nich deszcz. Wujek był dokładnie taki jak kotka sąsiadów, którą widziałem przed chwilą, wracając do domu. Przypominała mi ona wujka, może dlatego pomyślałem o nim?

Miałem ją jeszcze przed oczami, całą zmokniętą. Siedziała na kamiennym ogrodzeniu i patrzyła gdzieś w bok znudzona. Nie raczyła na mnie nawet spojrzeć, a przechodziłem pod samym ogrodzeniem i nawet stanąłem, aby na nią popatrzeć i patrzyłem na nią z ciekawością. Była przemoknięta. Futerko w zlepionych wodą kłaczkach wyglądało dziwnie i tak po prostu sobie siedziała, i patrzyła gdzieś w głąb ulicy. Wydawała się ładna, zawsze była ładna, ale teraz, gdy padał na nią deszcz, a futro nie było puszyste tylko namoczone i nie poruszając się, wyglądała jak wymalowana figurka wykonana z porcelany i jakby na coś czekała, może kogoś. Kłębek wełny, a wewnątrz naprężona stal, to z jakiegoś wiersza. Tu kłębek wełny był mokry w glutach i moknął z własnej chęci. Ale znałem ten kłębek wełny i nie było łatwo go dotknąć. Znaczy się, można było dotknąć, jak nie odwróciła się i nie odeszła, ale… to było ryzykowne, mogła się po prostu wyślizgnąć i sobie pójść, ale też mogła podrapać.

Kotka sąsiadów. Czy kogoś kochała? Nie wiem. A czy chociaż lubiła ona coś lub kogoś? Lubiła i to zdecydowanie, lubiła wędzoną makrelę. Coś do niej ją ciągnęło. Wędzona ryba, tłusta, wyciągnięta na stół, przyciągała ją jak zaproszenie i przychodziła jak cień oknem, czy drzwiami balkonowymi i pojawiała się obok stołu. Gdy była sama, wychodziła z rybą w zębach. Gdy był ktoś, wtedy podchodziła i miauczała przyjaźnie, a ignorowana przechodziła pod nogami zaczepiając tego kogoś ogonem, dotykając łapką dopominała się o jedzenie. Nie przychodziła często, może traktowała to jak wyjście do restauracji? Ale starą kiełbasę lubiła szczególnie i nie wiem dlaczego, lubiła też wątróbkę. Jeśli pokazało się jej kawałek zjełczałej kiełbasy, a tego to mieliśmy dużo na zbyciu, gdy już mieliśmy, choć zdarzało się to rzadko, wtedy można ją było namówić na podejście, pogłaskać, czy pieszczotliwie pociągnąć za uszy, czy ogon. Inaczej, to było niebezpieczne i trzeba było w stosunku do niej używać siły, znaczy miękkiej i zdecydowanej siły, postępując jak z dzieckiem, albo stosować zasady podstępu, by zaciekawić tego kota, a nie było to proste.

Teraz patrzyła sobie gdzieś tam. Padał ten drobny deszcz. Nie było co stać i patrzeć, ruszyłem, aby odejść. Kotka też się poruszyła, szybkim ruchem, jak sprężynka. Stała już na łapkach i szła po ogrodzeniu i zeskoczyła z tamtej strony. Wróciła do domu, aby nie moknąć – pomyślałem, nie głupia, ale zanim przeszedłem kilka metrów, pod bramą tej posesji coś się przecisnęło i kotka wyszła na ulicę, stanęła metr przede mną i od razu usiadła.

Patrzyliśmy na siebie. Teraz patrzyliśmy na siebie. Mokła. Chciała, by ją pogłaskać? Pewnie tak. Zdawała się mówić, jaki jesteś niedomyślny? Ale była mokra jak szmatka do podłóg. Pogłaskać, wziąć na ręce? Można było wziąć ją na ręce i zanieść do domu osuszyć ręcznikiem, ale czy się da wziąć na ręce, czy skończy się na szarpaniu z kotem sąsiadów? Pogłaskać to coś mokrego, a może jeszcze przytulić? Można było, ale nie miałem chęci dotykać tego czegoś mokrego, brudnego. Deszcz padał. Jesień, polska jesień, złota, ale wilgotna i chłodna, i zaczynał się wieczór, i wydawało się, że jest smutno. Ominąłem ją i poszedłem do domu. I teraz patrzyłem na jesień i myślałem, że mój wujek jest taki sam, jak ten kot. Denerwujek. Tyle, że kot wydawał się sympatyczniejszy.

Autor: Janusz Nitkiewicz