Lekkie krople deszczu – 34

Lekkie krople deszczu stukały o parapet. Niektóre spływały po szybie. Przez lekko zamglone okno widać było noc. Właściwie to niewiele było widać. Na ulicy paliły się wprawdzie latarnie, jednak zasłaniały je drzewa, na których było jeszcze trochę liści. Wiedziała, że te liście były, chociaż nie było ich widać. Przenikało przez nie coś czarno-białego, złowróżbnego i przeważała raczej czerń, a całość widoku okryta była białą mgiełką pary na szybie.

W pokoju musiało być wilgotno i musiało być ciepło, na zewnątrz natomiast zimniej. To ciepło nie dawało jednak błogości, wydawało się, takie mechaniczne, tak samo sztuczne, jak zimno na dworze. Zamglenie na szybach dodawało obrazowi za oknem duchowej poświaty, inaczej to byłaby czerń z gwiazdkami zimnego elektrycznego światła, a tak to co widziała wydawało się dodatkowo mgliste i niewyraźne. Brr, to nie był przyjemny widok.

Otrząsnęła się, czując bezsens tego własnego zachowania. Spojrzała, na stole leżała otwarta książka. Powietrze było nieprzyjemnie wilgotne i parne, a ona drżała. Żeby chociaż mogła poczuć senność w czasie patrzenia przez okno, ale co mogło być przyjemnego w patrzeniu na taki bezsensowny widok widziany poprzez matowe szkło? Sięgnęła po chusteczkę i wysmarkała nos. Co może być przyjemnego w przeziębieniu, w innej chorobie?

Może, napiłaby się gorącej herbaty? Ale, przecież i tak było jej gorąco, i czuła zmęczenie, raczej brak siły, tak dotkliwy, że wydało się jej niemożliwe, aby pokonać to wyzwanie i wstać z łóżka, pójść do kuchni… . I po co to? Lepiej byłoby zasnąć, ale nie mogła zasnąć. Znów spojrzała na książkę, nie miała chęci po nią sięgnąć. „Może wziąć jeszcze jedną tabletkę?” – pomyślała. „Może kilka i mieć spokój ze wszystkim?”, ale nie sięgnęła po tabletki.

Znów patrzyła na wilgoć na szybach, taką ciepłą mechaniczną wilgoć i na zimny widok za oknem. Lekkie krople deszczu stukały o parapet, niektóre ściekały po zamglonej szybie, tworząc mgliste linie opadające w dół.

Autor: Janusz Nitkiewicz

Różnobarwne drzewa – 33

Różnobarwne drzewa przyciągały wzrok. Złota polska jesień cieszyła oczy. Właśnie wtedy pomyślałem o nim, o denerwujku. Tak jakoś niespodziewanie przyszedł mi na myśl, gdy patrzyłem na jesień za oknem, a oczy widziały szyby i płynący po nich deszcz. Wujek był dokładnie taki jak kotka sąsiadów, którą widziałem przed chwilą, wracając do domu. Przypominała mi ona wujka, może dlatego pomyślałem o nim?

Miałem ją jeszcze przed oczami, całą zmokniętą. Siedziała na kamiennym ogrodzeniu i patrzyła gdzieś w bok znudzona. Nie raczyła na mnie nawet spojrzeć, a przechodziłem pod samym ogrodzeniem i nawet stanąłem, aby na nią popatrzeć i patrzyłem na nią z ciekawością. Była przemoknięta. Futerko w zlepionych wodą kłaczkach wyglądało dziwnie i tak po prostu sobie siedziała, i patrzyła gdzieś w głąb ulicy. Wydawała się ładna, zawsze była ładna, ale teraz, gdy padał na nią deszcz, a futro nie było puszyste tylko namoczone i nie poruszając się, wyglądała jak wymalowana figurka wykonana z porcelany i jakby na coś czekała, może kogoś. Kłębek wełny, a wewnątrz naprężona stal, to z jakiegoś wiersza. Tu kłębek wełny był mokry w glutach i moknął z własnej chęci. Ale znałem ten kłębek wełny i nie było łatwo go dotknąć. Znaczy się, można było dotknąć, jak nie odwróciła się i nie odeszła, ale… to było ryzykowne, mogła się po prostu wyślizgnąć i sobie pójść, ale też mogła podrapać.

Kotka sąsiadów. Czy kogoś kochała? Nie wiem. A czy chociaż lubiła ona coś lub kogoś? Lubiła i to zdecydowanie, lubiła wędzoną makrelę. Coś do niej ją ciągnęło. Wędzona ryba, tłusta, wyciągnięta na stół, przyciągała ją jak zaproszenie i przychodziła jak cień oknem, czy drzwiami balkonowymi i pojawiała się obok stołu. Gdy była sama, wychodziła z rybą w zębach. Gdy był ktoś, wtedy podchodziła i miauczała przyjaźnie, a ignorowana przechodziła pod nogami zaczepiając tego kogoś ogonem, dotykając łapką dopominała się o jedzenie. Nie przychodziła często, może traktowała to jak wyjście do restauracji? Ale starą kiełbasę lubiła szczególnie i nie wiem dlaczego, lubiła też wątróbkę. Jeśli pokazało się jej kawałek zjełczałej kiełbasy, a tego to mieliśmy dużo na zbyciu, gdy już mieliśmy, choć zdarzało się to rzadko, wtedy można ją było namówić na podejście, pogłaskać, czy pieszczotliwie pociągnąć za uszy, czy ogon. Inaczej, to było niebezpieczne i trzeba było w stosunku do niej używać siły, znaczy miękkiej i zdecydowanej siły, postępując jak z dzieckiem, albo stosować zasady podstępu, by zaciekawić tego kota, a nie było to proste.

Teraz patrzyła sobie gdzieś tam. Padał ten drobny deszcz. Nie było co stać i patrzeć, ruszyłem, aby odejść. Kotka też się poruszyła, szybkim ruchem, jak sprężynka. Stała już na łapkach i szła po ogrodzeniu i zeskoczyła z tamtej strony. Wróciła do domu, aby nie moknąć – pomyślałem, nie głupia, ale zanim przeszedłem kilka metrów, pod bramą tej posesji coś się przecisnęło i kotka wyszła na ulicę, stanęła metr przede mną i od razu usiadła.

Patrzyliśmy na siebie. Teraz patrzyliśmy na siebie. Mokła. Chciała, by ją pogłaskać? Pewnie tak. Zdawała się mówić, jaki jesteś niedomyślny? Ale była mokra jak szmatka do podłóg. Pogłaskać, wziąć na ręce? Można było wziąć ją na ręce i zanieść do domu osuszyć ręcznikiem, ale czy się da wziąć na ręce, czy skończy się na szarpaniu z kotem sąsiadów? Pogłaskać to coś mokrego, a może jeszcze przytulić? Można było, ale nie miałem chęci dotykać tego czegoś mokrego, brudnego. Deszcz padał. Jesień, polska jesień, złota, ale wilgotna i chłodna, i zaczynał się wieczór, i wydawało się, że jest smutno. Ominąłem ją i poszedłem do domu. I teraz patrzyłem na jesień i myślałem, że mój wujek jest taki sam, jak ten kot. Denerwujek. Tyle, że kot wydawał się sympatyczniejszy.

Autor: Janusz Nitkiewicz

Polną drogą – 23

Polną drogą szedł samotny wędrowiec. Posłuchał głosu serca i opuścił rodzinny dom, by w szerokim wielkim świecie znaleźć to, czego dotąd brakowało mu w życiu. Szedł dziarskim krokiem i rozglądał się ciekawie dookoła, ponieważ nie wiedział, co to jest, a bardzo zależało mu, żeby to odnaleźć.

W pewnej chwili zobaczył las i usłyszał wróble kłócące się między sobą. Ćwir, ćwir, ćwir. Tak raczej usłyszał głośne ćwierkanie. Wróble go nie interesowały. On ich z pewnością też nie interesował. Co dzikiego wróbla może obchodzić człowiek? Ale czemu tak zajadle ćwierkały?

Wszedł pomiędzy drzewa i zobaczył żołnierza, a obok niego małego chłopczyka. Malec miał może osiem lat i karmił wróble, a one podlatywały i przepychały się, podskakiwały, by złapać coś dla siebie. Te bardziej zwinne chwytały okruszki w locie. Gdy malec przestawał rzucać okruchy, wróble zaczynały walczyć o drobiny leżące jeszcze na ziemi, a przy tym głośno ćwierkać. Może tak pokrzykiwały też na malca, by rzucił im jeszcze drobin chleba? 

Chłopiec, był szczęśliwy, spojrzał na tatę, podnosząc wysoko głowę i coś mówił. Radość wychodziła z całej jego postaci z gestów, a wystarczyło karmić wróble. Tak, karmić wróble w towarzystwie. Karmić je w towarzystwie taty. Usłyszał odpowiedź żołnierza: „One uwielbiają czerstwy chleb”.

Patrzył na nich, ale udawał, że patrzy na wróble.

Czego ludzie potrzebują, wszyscy? Wiadomo, być przez kogoś kochanymi (akceptacji, bezpieczeństwa, poczucia niebycia samemu) i potrzebują czegoś jeszcze, być szczęśliwymi. Tego, że są kochani, nie uświadamiają sobie, gdy to mają, to wydaje się wtedy takie oczywiste i nie ważne. Drugie, bycie szczęśliwym, to bywa się szczęśliwym. A chciałoby się, a i niektórzy się tego domagają, by było cały czas. „Ten dzieciak jest szczęśliwy” – pomyślał – „ale tylko dziś przez te kilka godzin? A potem jego tato wyjedzie”.

Zapytał o coś żołnierza i okazało się, że nie tato, a wujek i że dzieciaki takie są, że one cieszą się z byle czego i że żołnierzowi ten nastrój też się udziela. Patrzył na nich i nie wierzył, dzieciaki są różne, krzykliwe i niezadowolone, i złośliwe. „A może żołnierz czuje, że ten mały też go kocha” – pomyślał – „taką miłością, jaką kocha się aktora, tyle że tu kogoś, kto się nim interesuje?”

Chleb się skończył i wróble się rozbiegły, a malec z żołnierzem poszli przez las na przełaj, jak mówił żołnierz na azymut. Malec podskakiwał i zaczepiał gałęzie.

Autor: Janusz Nitkiewicz

Przy pięknej starej toaletce – 30

Przy pięknej starej toaletce usiadła młoda dziewczyna. Z szuflady wyjęła jasny rogowy grzebień i zaczęła rozczesywać swoje gęste lśniące włosy. Uśmiechała się do swojego odbicia w lustrze, bo jeszcze pamiętała swój poranny sen. Śniła w nim, że…. właśnie.

Tak, to był sen, tylko sen, a ten który się zapamięta, ten nie dośnił się do końca. „Mam piękne sny” – pomyślała i mimowolnie zamknęła oczy, i tylko ręce coraz wolniej poruszały się, czesząc włosy, a może pieściły włosy jej dłonie jak wiatr i czuła, że jest lato, i ona w lesie, a w dłoni trzyma kwiat paproci. Ta końcówka nagle urwana. Co mogła oznaczać?

Skupiła się i zaczęła sobie przypominać. Była noc, a na stole w jej pokoju paliła się naftowa lampa. Strój, który miała na sobie, obciskał mocno jej kibić (czyli tułów od ramion po biodra), czuła to w miłym naprężeniu tkaniny i jednocześnie widziała samą siebie, swoje ciało, kuszące, kształtne w zielonym pięknym stroju. Jak mogła to widzieć? Widziała jednak, jakby czyimiś oczami, a może swoimi, ale umiejscowionymi gdzieś indziej? Wyglądała fantastycznie, młodo, kusząco i była zadowolona, i oczekiwała czegoś wyjątkowego. Skupiła się bardziej na detalach, które widziała we śnie. Przyglądała się sobie dokładniej. Miejscami przycięte i obrobione kawałki tkaniny zwisały w ubiorze luźno i to też podkreślało jej wygląd i strój, jego szykowność i atrakcyjną szczupłość jej ciała.

Rozejrzała się po pokoju. Wyjęła z szuflady patyczek, zdjęła szklany bursztynowy klosz z pięknej porcelanowej lampy naftowej, przyłożyła drewienko do ognia, przeskoczył płomień. Podeszła z nim do małej lampki stojącej na mahoniowym stoliku pod ścianą, zdjęła jej klosz i podpaliła knot. Drobny płomień ożył. Podkręciła knot, aby świecił słabiej, i z tą lampką w dłoni podeszła, zdmuchnęła płomień pierwszej lampy i wyszła.

Szła do lasu w ważnej sprawie. Wiedziała, że w ważnej sprawie i że musi tam iść. Była noc, ale wokoło było jasno, aż za jasno i może dlatego czuła coś magicznego. Spojrzała w górę. Na tle czerni widać było olbrzymi księżyc w pełni i małe pojedyncze chmury, musiały być cieniutkie, gdyż przeświecało przez nie światło księżyca i wydawały się one płatkami świecącego światła. Światło było tak intensywne, że wszystko wydawało się widoczne, tajemnicze i bezpieczne.

Przechodziła obok sadu. Nie śpieszyło się jej. W środku czerwca w tym sadzie wisiały, a raczej czerwieniały w dzień słodziutkie czereśnie. Sięgała dłonią. Owoce wyglądały na czarne i brzydkie, ale były słodkie. Tu wśród niskich drzew owocowych było ciemniej, pokręciła pokrętłem przy lampce i z małym opóźnieniem płomień stał się większy, a światło lampy stało się intensywniejsze. Teraz jaśniej wydawało się w pobliżu, a dalej wszystko wydawało się ciemniejsze i bardziej niepokojące.

Trzeba było iść. Zostawiła czereśnie z niechęcią. Szukała przecież czegoś bardziej wartościowego, kwiatu paproci. Sama nie wierzyła w kwiat paproci i w legendę też, ale obiecał jej ten kwiat czarownik. Wystarczyło tylko przyjść do lasu i go od niego wziąć. Teraz czuła się niespokojna. Przed nią był las i wydawał się czarny. A gdy weszła pomiędzy drzewa, wydały się one jej wielkie. Stało się nagle mroczno, czarno. Lampka oświetlała tylko to, co było najbliżej. Wokół słychać było jakieś dźwięki. Kukułka zakukała, obejrzała się za siebie. Stał tam i patrzył na nią. Skąd się tam wziął, tak nagle?

– Przyszłam tu po obiecany kwiat paproci. Daj mi go – poprosiła.

– On jest tu, ale kawałek stąd.

– Przynieś mi go.

– Sama musisz go wziąć, dla siebie.

Zastanawiała się chwilę i poszła. Głupie to było w tym śnie, tak pójść do lasu z kimś obcym, ale pamiętała, że przeszli kawałek i tak: Spotkała czarodzieja w lesie. Przeszli wśród drzew i znalazł on o północy to, co w baśniach kwitnie raz w roku, Kwiat paproci. Widziała paprocie. Patrzyła i widziała kwiatek na paproci. Daj go mnie, nakazała z oczekiwaniem. Dam go tobie.

Miała kwiat w dłoniach i tu sen nagle się urwał. Teraz skupiła się na tym momencie. Ma kwiat paproci w dłoniach. Widzi swoje dłonie, ma w nich kwiat paproci. Kwiat paproci, sama go wyrwała z liści krzaku paproci. Ma w dłoniach kwiat paproci. Widziała to i nic więcej. Co było dalej? Co wydarzyłoby się, gdyby się nie obudziła? Co miał dać jej ten kwiat paproci? Co ja chcę? Co chcę?!

Autor: Janusz Nitkiewicz

Nitki babiego lata – 2

Nitki babiego lata snuły się w ciepłym, sierpniowym powietrzu. Zapach nagrzanej ziemi mieszał się z wonią kwiatów i wilgocią, napływającą znad pobliskiej rzeczki. W oddali jechał pociąg jak pędząca dokądś metalowa gąsienica. Był tak daleko, że nie było go słychać. Obok widać było rzędy utkanych ze stali słupów energetycznych. Natura nastrajała błogo. Tu był jednak intruzem, nie czuł się u siebie, może to był ten powód, że tak się czuł, jak intruz. Bez koca bał się położyć w kuszącej go swoją soczystością i zapachem trawie. Wiedział, że coś go potnie i będzie potem swędziało. Rozejrzał się i przysiadł na zwalonym konarze drzewa i patrzył z przyjemnością na ten świat inny niż jego codzienny. Tam też była roślinność i starała się żyć wśród bruku, wychodziła ze szczelin asfaltu, czasem udało się jej rozsadzić wroga siłą korzeni. A sama zieleń, ta zaplanowana, zaakceptowana, była przycięta, przyschnięta, rozdzielona alejkami. Jedynie, na nasypach wiaduktów, obok mostów, na poboczach, tam rosły dzikie kwiaty i też nie swoim życiem. Jedynie do czasu, nim zostaną ścięte za pieniądze podatników. Zostaną ścięte na pewno byle jak, wg zaplanowanego zakresu i ograniczonego obszaru robót. Pojedyncze kwiaty przetrwają, te przy słupkach, te po drugiej stronie i rozsieją nasiona, i za rok znowu będą tam kwitły maki i chabry, i urośnie wysoko trawa.

Autor: Janusz Nitkiewicz

Była sobie łąka – 22

Była sobie łąka. Soczysta, zielona łąka. Niedaleko rósł las i płynął strumyk. Na środku łąki stał mały biały domek z czerwonym dachem. W szeroko otwartym oknie powiewała biała firanka…

Ten piękny widok nie przyciągał jednak wzroku. Oczy przyciągała natomiast tęcza, która przecinała polanę na pół. Tęcza była olbrzymia i bez żadnych wątpliwości, ale to bez żadnych wątpliwości, była ona sztuczna i to ona przyciągała oczy. Jak się okazało nie tylko oczy ludzi, gdyż nie dało się jej nie zauważyć.

Jakoś dziwnie majtnęła się zasłonka w oknie z akcentem na dziwnie i wydawało się, że nawet może się ona urwać od tego majtnięcia, ale pojawił się w oknie Kicior. Popatrzył na tęczę, popatrzył, ale z widocznym brakiem sympatii i miauknął niezadowolony. Znowu się rozejrzał i wskoczył na brzeżek tęczowej tęczy, bo była w pobliżu, a w chwilę potem skradał się ostrożnie w stronę jej szczytu. Gdy był już na górze zaczął wylegiwać się i miauczeć zadowolony. Wokoło, tam gdzie patrzył, była tylko zielona łąka, piękne kwiaty, w tle płynęła rzeczka i widać było odległy las. Kicior zamknął oczy. Tu było ciepło, przyjemnie i bezpiecznie, cudnie pomyślał, cudnie, aż do czasu obiadu.

Autor: Janusz Nitkiewicz

Kiedyś dawno dawno temu – 25

Kiedyś, dawno, dawno temu, pewnej zimowej nocy urodził się mały chłopczyk. Mama przytuliła go z miłością, a Tata patrzył na niego kochającym wzrokiem i z nadzieją w sercu. To było pierwsze ich dziecko i do tego syn. Syn był potrzeby, szczególnie ojcu. Kto miał przejąć warsztat i umiejętności ojca, jak nie jego dziecko. A praca była ciężka i wymagała męskiej siły, ale to był syn i rodzice się bardzo ucieszyli. Matka wolałaby by córkę. Córka pomagałaby w kuchni i mamie mniej by było nudno, ale był syn i to było jej dziecko. To patrzyła na maleństwo z sympatią.

Ojciec dorzucił drew do kominka, wyjął gitarę i zaczął brzdąkać. Ulatywały coraz piękniejsze nuty i akordy. Dziecko patrzyło z ciekawością. Matka zamyśliła się i wsłuchała w dźwięki muzyki. Szukała słów do tych dźwięków i przychodziło jej na myśl, dom, rodzina, ciepło.

A muzyka rozchodziła się, wibrowała i była harmonijna.

Autor: Janusz Nitkiewicz