Nitki babiego lata snuły się w ciepłym, sierpniowym powietrzu. Zapach nagrzanej ziemi mieszał się z wonią kwiatów i wilgocią, napływającą znad pobliskiej rzeczki.
Na łączce nad rzeczką spotkała się grupa ludzi z wiadrami i metalowymi beczkami.
Pewien mężczyzna wszedł na niewielki drewniany podest z okrągłą dziurą pośrodku. Ukląkł. Jego kolana znalazły się tuż przed dziurą. Następnie pochylił się i dłonie położył na drewnie tuż za dziurą. Zastygł w tej dość dziwnej pozycji.
Po chwili z jego brzucha wysunęło się coś, co przypominało krowie wymię. Jedna z bab uzdrowicielek podeszła do niego i zaczęła to wymię masować, a następnie pociągać, tak jakby doiła krowę.
Do otwartej beczki, stojącej tuż pod dziurą drewnianego podestu, zaczęła spływać ciemna maź, jakby smoła, przetykana czerwonymi rozbłyskami i czerwono-srebrnymi liniami.
Beczka szybko zapełniła się. Zamknięto ją, odtoczono na bok i podstawiono następną. Wkrótce wszystkie beczki zostały zapełnione, a ze wsi przyniesiono kolejne.
Po pewnym czasie wymię zostało opróżnione. Mimo dojenia, już nic z niego nie leciało. Wtedy człowiek wstał i usiadł na skraju podestu. Wyglądał na zmęczonego, jednak miał już pogodniejszą twarz i łagodny wyraz oczu.
– Dziękujemy, dzięki tobie mamy czym palić w piecach, a i elektryczne opłaty się zmniejszyły, jak zaczęliśmy wtyczki przytykać do beczek z twoim paliwem – mówili uradowani ludzie.
Dali mu kubek pienistego, ciepłego mleka i grubą pajdę świeżego chleba.
– Ja też wam dziękuję – powiedział mężczyzna – dzięki wam czuję się potrzebny. Jestem użyteczny. Daję coś dobrego zamiast niszczyć.
– Do widzenia – dodał po chwili.
Zszedł z podestu i ruszył przed siebie.
– Do widzenia, do widzenia. Zajrzyj do nas czasem. Zawsze jesteś mile widziany – krzyczeli za nim.
Potem rozeszli się do domów, tocząc przed sobą beczki z cennym paliwem.
Autor: Jenczy