Lekkie krople deszczu – 30

Lekkie krople deszczu stukały o parapet. Niektóre spływały po szybie. Przez lekko zamglone okno widać było latarnię morską, stojącą na urwistym zboczu. Autobus podjechał bardzo blisko i zatrzymał się, więc nie wysiadając z niego, mogliśmy przyjrzeć się jej z bliska.

Mimo, że padało i mgła utrudniała widoczność, zobaczyliśmy, że niszczyli ją wandale. Pomalowali jej okna i ściany na czarno. Chwilami jej światło z trudnością przebijało się przez czarne szyby.

Z wielkim zdziwieniem zobaczyliśmy, że latarnia znakomicie daje sobie radę z wandalami. Kilku z nich wypadło przez otwarte drzwi z wnętrza latarni – zupełnie tak jakby coś ich wypchnęło lub wyrzuciło. Drzwi się zamknęły, więc wandale nie mogli już wejść do środka. Farba w błyskawicznym tempie zaczęła łuszczyć się i odpadać. Coraz większe płaty odczepiały się i spadały – najpierw z okien, a potem ze ścian. W krótkim czasie latarnia stała się piękna i czysta. Cieszyła oczy smukłą sylwetką, a jej światło niosło daleko, mimo narastającej mgły. A może właśnie dlatego świeciła coraz mocniej? Żeby ludzie we mgle mogli odnaleźć właściwą drogę?

Wandale zaczęli wspinać się po drabinach, żeby znowu zamalować okna i reflektor, ale to już się im nie udało. Drabiny się przewracały, farba nie chciała trzymać się szkła, a w końcu kubełek z farbą przewrócił się i cała farba wylała się na wandali.

Deszcz przestał padać, a nam trudno było odjechać, bo nie wierzyliśmy własnym oczom.

Otworzyły się drzwi i latarnik zaprosił nas do środka. Później, gdy już odjeżdżaliśmy, podjechał inny autobus.

Od tamtego czasu często spoglądam na tę latarnię. Zawsze stoi na swoim miejscu. Jest doskonale widoczna za dnia, a jej światło dobrze widoczne jest zarówno we mgle, jak i w nocy.

Latarnia robi to, co do niej należy, a ludzie nauczyli się właściwie korzystać ze wskazówek, jakie daje jej widok i jej światło. Dzięki temu umieją też zadbać o własne bezpieczeństwo. Wielu kapitanów przychodzi do latarni, żeby dziękować za ocalone życie ich i załogi oraz za ocalone statki…

Autor: Brzozowa Bajdulka

Lekkie krople deszczu – 27

Lekkie krople deszczu stukały o parapet. Niektóre spływały po szybie. Przez lekko zamglone okno widać było zamazany świat.

Mężczyzna na wszelki wypadek rozejrzał się dookoła i westchnął z ulgą. Był sam w pokoju. Nikt go nie obserwował. Zamknął drzwi na klucz, żeby nikt nie wszedł i wyłączył telefon, żeby mu nikt nie przeszkodził.

Przyjrzał się kroplom deszczu. Posłuchał ich dźwięku. Popatrzył na rozmazany świat i pozwolił, by jego łzy wreszcie popłynęły. Od dawna nie płakał, a teraz robił to w naturalny i spokojny sposób. Początkowo wycierał oczy chusteczką. Kiedy zużył już wszystkie chusteczki, jakie miał, przestał wycierać oczy i łzy płynęły mu po policzkach, po szyi i wsiąkały w ubranie.

Mężczyzna, płacząc, zyskał wewnętrzny spokój, który jego samego zadziwił. Spokojnie przyglądał się wspomnieniom, które wypływały razem ze łzami. Widział ponownie, jak go krzywdzono, jak cierpiał. Zobaczył jak pierwsza doznana krzywda zostawiła pierwszy ślad. Jak zaczęły tworzyć się okulary o grubych, zniekształcających szkłach, przez które patrzył na świat. Zrozumiał, że wiele późniejszych krzywd miało swój początek w jego nieświadomych, automatycznych reakcjach. Że nie reagował na aktualne wydarzenia tylko na pamięć o poprzednich krzywdach. Zobaczył ponownie, jak ludzie odsuwali się od niego i jak stawał się coraz bardziej osamotniony.

Wspomnienia przepływały, a on miał już całkiem przemoczone ubranie. Płakał dalej.

W obrazach wspomnień coraz częściej zaczęła pojawiać się postać małego, samotnego, skrzywdzonego i cierpiącego chłopca. Zrozumiał, że to on sam.

Dalej płakał. Jednak zaczął sobie wyobrażać, że sadza chłopca na swoich kolanach i przytrzymuje go, żeby nie spadł. Zaczął delikatnie kołysać się, żeby ulżyć chłopcu.

Jego łzy płynęły nadal, tylko stawały się jaśniejsze, bardziej promienne. Mężczyzna pomyślał do chłopca – „Maleńki, musimy na nowo nauczyć się żyć. Zaopiekuję się tobą. Postaram się zrobić co mogę, żebyś przestał cierpieć. Żebyś odzyskał radość życia i dziecięcą beztroskę” – i spokojnie płakał dalej, czując, że niedługo wypłacze wszystkie łzy…

Tymczasem deszcz przestał już padać, a zza chmur wyjrzało słońce.

Autor: Merlin

Nitki babiego lata – 33

Nitki babiego lata snuły się w ciepłym, sierpniowym powietrzu. Zapach nagrzanej ziemi mieszał się z wonią kwiatów i wilgocią, napływającą znad pobliskiej rzeczki.

Na łączce nad rzeczką spotkała się grupa ludzi z wiadrami i metalowymi beczkami.

Pewien mężczyzna wszedł na niewielki drewniany podest z okrągłą dziurą pośrodku. Ukląkł. Jego kolana znalazły się tuż przed dziurą. Następnie pochylił się i dłonie położył na drewnie tuż za dziurą. Zastygł w tej dość dziwnej pozycji.

Po chwili z jego brzucha wysunęło się coś, co przypominało krowie wymię. Jedna z bab uzdrowicielek podeszła do niego i zaczęła to wymię masować, a następnie pociągać, tak jakby doiła krowę.

Do otwartej beczki, stojącej tuż pod dziurą drewnianego podestu, zaczęła spływać ciemna maź, jakby smoła, przetykana czerwonymi rozbłyskami i czerwono-srebrnymi liniami.

Beczka szybko zapełniła się. Zamknięto ją, odtoczono na bok i podstawiono następną. Wkrótce wszystkie beczki zostały zapełnione, a ze wsi przyniesiono kolejne.

Po pewnym czasie wymię zostało opróżnione. Mimo dojenia, już nic z niego nie leciało. Wtedy człowiek wstał i usiadł na skraju podestu. Wyglądał na zmęczonego, jednak miał już pogodniejszą twarz i łagodny wyraz oczu.

– Dziękujemy, dzięki tobie mamy czym palić w piecach, a i elektryczne opłaty się zmniejszyły, jak zaczęliśmy wtyczki przytykać do beczek z twoim paliwem – mówili uradowani ludzie.

Dali mu kubek pienistego, ciepłego mleka i grubą pajdę świeżego chleba.

– Ja też wam dziękuję – powiedział mężczyzna – dzięki wam czuję się potrzebny. Jestem użyteczny. Daję coś dobrego zamiast niszczyć.

– Do widzenia – dodał po chwili.

Zszedł z podestu i ruszył przed siebie.

– Do widzenia, do widzenia. Zajrzyj do nas czasem. Zawsze jesteś mile widziany – krzyczeli za nim.

Potem rozeszli się do domów, tocząc przed sobą beczki z cennym paliwem.

Autor: Jenczy

Lekkie krople deszczu – 22

Lekkie krople deszczu stukały o parapet. Niektóre spływały po szybie. Przez lekko zamglone okno widać było szybko rosnącą kałużę, która zamieniała się w jezioro, a następnie w wielkie morze, zalewające ulice, latarnie, domy – wszystko, co stało na jego miejscu. Z okna na piątym piętrze wyglądała przestraszona kobieta. Z przerażeniem oglądała podnoszącą się taflę wody i bała się, że morze zaleje również jej mieszkanie. Wsłuchała się w krople – i te spływające po szybie, i te stukające o parapet. Zauważyła, że są lekkie i stukają z umiarem. Pomyślała, że to niemożliwe, żeby sam deszcz wywołał tak dużą powódź. Kałużę, to i owszem. Może nawet małe jeziorko, ale na pewno nie morze. To niemożliwe! Jak mogło powstać to morze? Gdzie szukać przyczyn? Czasu było mało, bo morskie fale już uderzały o jej parapet!!!

Kobieta zaczęła się modlić i zobaczyła kran, z którego leje się dużo wody. Następnie odsłonił się drugi obraz – kran był połączony rurami z jeziorem smutku, żalu, rozpaczy i niewypłakanych łez. „Do kogo należy to jezioro?” – pomyślała. Dostała kolejny obraz – jezioro znajdowało się w niej. Jej serce było ściśnięte kilkoma zaciskającymi się opaskami żalu i smutku. Smutek i żal rozlewały się w płucach, a opaski coraz mocniej ściskały serce. Z kolei w głowie znajdowało się pudełeczko samogrające, które wytwarzało coraz więcej żalu, więc opaski ściskały serce coraz mocniej.

Przyszła świadomość, że ten proces trwa od dawna. Pojawiły się wspomnienia, jak od wielu lat udawała przed ludźmi i przed sobą samą, że wiedzie szczęśliwe życie. Jak oszukiwała samą siebie, że wszystko jest w porządku, więc nie umiała, a może też nie chciała zauważyć swojego narastającego smutku.

„Co mogę teraz zrobić” – zapytała znowu. Usłyszała odpowiedź – „zaakceptować to, co się już zdarzyło. Wybaczyć sobie i innym. Uwierzyć w siebie. Wyznaczać kolejne cele. Przywoływać słońce, siły witalne, radość i miłość.”

„Jak to zrobić?” – pomyślała spanikowana kobieta i z przerażeniem zobaczyła, że poziom morza znów się podniósł. Zakrywało teraz pół szyby, a spod parapetu zaczęły sączyć się do mieszkania małe strużki wody.

„Wymyśl pierwszy obraz” – dostała odpowiedź.

Kobieta zaczęła więc budować pierwszą wizję – siebie samej oświetlonej promieniami słońca, uśmiechniętej i promieniującej miłością i spokojną radością. Fale morza uderzały nadal o jej szyby, ale poziom morza przestał się podnosić.

Następnie wyobraziła sobie, że wierzy w siebie. Potem budowała kolejny obraz i widziała, jak jej myśli i czas zajmuje przyszłość i dobre wydarzenia, które mają nadejść i które zaprasza do swojego życie. Poziom morza opadł nieco. Jego fale znowu uderzały o parapet okna.

Zaintrygowana i zaciekawiona kobieta zaczęła snuć kolejną wizję… niestety, bezskutecznie…, ponieważ nie umiała zobaczyć, jak wybacza sobie i innym.

Zrozpaczona zaczęła się modlić i prosić Boga o łaskę wybaczenia.

Zatopiona w modlitwie nie liczyła czasu i nie zauważyła nawet, że morze już zniknęło. Jej modlitwa trwała i trwała…

Kiedy kobieta skończyła się modlić, usłyszała, jak lekkie krople deszczu coraz wolniej stukają o parapet.

Autor: Jenczy

Lekkie krople deszczu – 21

Lekkie krople deszczu stukały o parapet. Niektóre spływały po szybie. Przez lekko zamglone okno widać było ludzi, którzy chowali się za parasolami i szli, każdy w swoją stronę. Pewnie wracali do domów, by odpocząć po pracy, wysuszyć się i zjeść ciepły posiłek.

Anka westchnęła i otworzyła oczy. Otaczały ją piaszczyste wydmy i czuła żar, lejący się z nieba.

Marzenia o deszczu utrzymywały ją w jakiej takiej formie. Dawały siłę, by wytrwać do końca kontraktu.

Przyjechała tu z grupą znajomych. Teraz, po paru miesiącach, rzadko odzywali się do siebie prywatnie – rozmawiali tylko na służbowe tematy.

Każdy uruchamiał własne sposoby, żeby przetrwać i choć na chwilę zapomnieć o gorącu.

Anka zaczęła wstawać, żeby wrócić co pracy, ale szef dał jej sygnał, że jeszcze może chwilkę odpocząć. Więc usiadła wygodnie, zamknęła oczy i znowu zaczęła przypominać sobie wilgoć, przyjemny chłód i lekkie krople deszczu, stukające o parapet.

Autor: Głos

Delikatna mgiełka – 43

Delikatna mgiełka unosiła się nad łąkami. Pierwsze promienie wschodzącego słońca łagodnie oświetlały rzekę, mgiełkę, łąki i drobniutką sylwetkę skowronka, którego poranny śpiew pieścił uszy i cieszył serca słuchaczy.

Na prastarym brzegu Wisły przysiadło dwoje wędrowców – malutka dziewczynka i jeszcze mniejszy krasnoludek z siwą brodą.

Krasnoludek mówił cicho:

– Marysiu, pamiętaj, od tej pory nie możesz mówić do mnie po imieniu. Ci, co go poznają, zyskają olbrzymią przewagę nade mną. Wtedy mogliby skrzywdzić nas oboje.

– Nie rozumiem, przecież znam twoje imię, twoi kuzyni również…

– Tak Marysiu, ale wy nie wykorzystalibyście tego przeciwko mnie i innym istotom. Nie uprawiacie ciemnej magii. Dlatego proszę, dopóki nie wrócimy do wioski, nie używaj mojego imienia. Po prostu zapomnij o nim.

– Dobrze je pamiętam, jak mogę zapomnieć?

– Zamknij oczy, pomogę ci.

Dziewczynka posłusznie zamknęła oczy. Krasnoludek dotknął jej skroni. Chwilę trzymał swoje dłonie na jej główce. Marysia otworzyła oczy i popatrzyła na swojego towarzysza, marszcząc brwi, jakby się nad czymś zastanawiała. Krasnoludek uśmiechnął się do niej.

– Zapomniałaś moje imię i imiona innych krasnoludków. Przypomnisz sobie, gdy będzie już bezpiecznie.

– Jak mam ciebie nazywać?

– Krasnoludkiem, to wystarczy.

– A moje imię, też mamy je zapomnieć?

– Nie trzeba Marysiu. Jesteś człowiekiem. Wasze imiona nie mają czarodziejskiej mocy.

– Szkoda – Marysia westchnęła z żalem.

– Ale, ale…. niektórym ludziom odsłania się z czasem ich prawdziwe imię. Kiedy Tobie zdarzy się coś takiego, to pamiętaj, że nikomu, ale to nikomu, nawet mnie, nie możesz go zdradzić.

– Jak poznam to imię?

– Będziesz wiedziała. Tego nie da się pomylić z niczym innym.

– Krasnoludku, dokąd teraz pójdziemy? Czy niedługo wrócimy do wioski?

– Marysiu, mam nadzieję, że kiedyś wrócimy do wioski lub zbudujemy ją w innym miejscu. Teraz pójdziemy do Szkoły Czarowania, która istnieje Pomiędzy.

– Pomiędzy? Nie rozumiem.

– Szkoła istnieje pomiędzy światami, a nawet Wszechświatami. Jest gdzieś, poza czasem i przestrzenią. To gdzieś trudno określić, bo prawdopodobnie się porusza i ciągle zmienia swoje położenie. Dlatego mówimy, że jest Pomiędzy.

– Boję się tego Pomiędzy… Musimy tam iść?

– Jest tam bezpiecznie. Po ostatnich wydarzeniach, szkoła stała się schronieniem dla wróżek i czarodziejów ze wszystkich światów i wszechświatów Pomagają tym światom i ich mieszkańcom. Poza tym wspierają czarodziejów, wróżki i wszystkich, którzy nadal są w swoich światach i walczą o ich przetrwanie. Opiekują się również ludźmi, którzy coraz częściej przypadkowo trafiają do szkoły. Znajdziemy tam schronienie i zajęcie.

– Skąd to wiesz?

– Od Merlina. Zaprosił nas w imieniu Babci Jagi, która jest dyrektorem Szkoły Czarowania.

– A inne krasnoludki?

– Mam nadzieję, że przeżyły. Może również tam przyjdą.

Marysia westchnęła cichutko i pomyślała o swoich przyjaciołach. Czy zobaczy ich jeszcze?

Skowronek śpiewał dalej, a powietrze przed Marysią i Krasnoludkiem rozjaśniło się, zadrgało i ich oczom ukazały się otwarte drzwi. Stał w nich Merlin i gestem dłoni zapraszał do środka.

Poszli za nim.

Autor: Archiwista SC

Lekkie krople deszczu – 17

Lekkie krople deszczu stukały o parapet. Niektóre spływały po szybie. Przez lekko zamglone okno widać było rozhisteryzowaną, rozdygotaną, przemokniętą dziewczynkę, która pukała od drzwi do drzwi. Żadne się nie otworzyły, za to we wszystkich oknach zostały zasłonięte zasłony i spuszczone żaluzje. W wyniku tych działań, domy, stojące na zalanej deszczem ulicy, robiły wrażenie martwych, jakby od dawna nikt w nich nie mieszkał.

Nieliczni przechodnie ignorowali dziewczynkę lub uciekali przed nią, bo nie mogli znieść jej wrzasku i bali się, że zażąda od nich czegoś, czego nie mieli ochoty zrobić.

Dziewczynka krzyczała coraz głośniej. Zaczęła wręcz wyć i waliła piąstkami w drzwi, płoty i latarnie. Po długim czasie ucichła. Rozdygotana i zziębnięta usiadła na mokrym chodniku, objęła się ramionami i próbowała się ogrzać. Kołysała się w przód i w tył. Jej wzrok znieruchomiał. Już nie zwracała uwagi na przechodniów.

Ktoś wreszcie zatrzymał się przy niej i zaproponował:

– Mogę odwieźć cię do domu. Gdzie mieszkasz?

– Nie wiem – odpowiedziała dziewczynka.

– Jak masz na imię?

– Nie wiem.

– Jesteś sierotą?

– Nie wiem.

– Mieszkasz z rodziną czy w domu dziecka?

– Nie wiem.

Obok pytającego przystanęła kobieta – jego żona. Zapytała.

– Chcesz pójść z nami? Ogrzejesz się w ciepłym mieszkaniu.

– Nie wiem – odpowiedziała dziewczynka.

A deszcz ciągle padał i płakał, wypłakując niewypowiedziane żale i łzy dziewczynki.

Autor: Jęczydusza

Różnobarwne drzewa – 35

Różnobarwne drzewa przyciągały wzrok. Złota polska jesień cieszyła oczy. Właśnie wtedy przez park szła pewna kobieta. Miała na sobie brudny płaszcz, uszyty z rozmaitych łatek. Ludzie odwracali się od niej ze wstrętem – jakby śmierdziała.

Z kolei ona z miłym uśmiechem podchodziła do ludzi i podawała im przedmioty, które zgubili lub które były im potrzebne. Ci przyjmowali te przedmioty, po czym kopali kobietę albo obrzucali ją błotem. Czasami szli wyżej, wspinając się po jej plecach i zamiast podciągnąć ją za sobą do góry – odtrącali ją i spychali na dół. Wtedy kobietę zaczynała otaczać jakby czarna chmura. Gdy chmura się przerzedzała i znikała, kobieta zaczynała pomagać kolejnym osobom.

W pewnej chwili przystanęła. Spuściła głowę, opuściła ramiona. Zamyśliła się. Z nieba rozległ się głos podobny do grzmotu, mówiący słowa: „Już czas. Teraz. To właściwa pora”.

Kobieta powoli podniosła głowę, wyprostowała się. Jej twarz rozpogodziła się, a płaszcz z łatek rozpadł się na kawałki, które uleciały z wiatrem. Okazało się, że ubrana jest w piękną, połyskliwą suknię, która dopiero teraz ukazała się w pełnej krasie.

Cała kobieta promieniała blaskiem. Światło biło z jej twarzy, rąk, z całej postaci. Robiła wrażenie osoby spokojnej i przepełnionej wewnętrzną radością.

Już nie zabiegała o uwagę ludzi. Nie podawała im zgubionych lub potrzebnych im przedmiotów. Po prostu świeciła…

A ludzie przyglądali się jej z rosnącą sympatią. Przynosili prezenty. Zagadywali. Proponowali współpracę. Szukali różnych pretekstów, byle tylko być w pobliżu i porozmawiać z nią choć przez chwilkę. To, co się działo z nimi, gdy byli blisko niej, bardzo im się podobało.

Nawet nie zauważyli, że nie tylko ją darzą sympatią i szacunkiem, ale też sami nawzajem zaczęli się szanować i współpracować ze sobą.

Życzliwość szerzyła się na całym świecie…

Autor: Brzozowa Bajdulka

Lekkie krople deszczu – 14

Lekkie krople deszczu stukały o parapet. Niektóre spływały po szybie. Przez lekko zamglone okno widać było światło latarni, przysłonięte lekką mgiełką kropel deszczu.

Zmierzchało.

Światło odbijało się w kropelkach deszczu i każda z nich wyglądała, jakby miała w sobie malutką, świecącą tęczę. Razem tworzyły widok, od którego trudno było oderwać oczy, więc Babcia Jaga często siadała przy oknie, żeby oglądać deszczowe spektakle.

Autor: Brzozowa Bajdulka

Na dnie szuflady – 45

Na dnie szuflady leżała paczuszka listów, przewiązanych różową wyblakłą wstążeczką. Towarzyszyły jej: biały kamyczek, bukiecik zasuszonych fiołków i stara pożółkła fotografia…

„Mistrzu, ale zaszalałeś… romantyk z ciebie czy co?” – pomyślał o Merlinie młody adept magii, który miał wykonać swoje dyplomowe zadanie. Głośno zapytał:

– Gdzie jestem? Planeta? Czas? …

Cisza….

„Co mam robić? Przecież w tej szufladzie ma znajdować się broń, oręż, jaki mam użyć w decydującym starciu. Świat się wali… Egzamin egzaminem, ale świat zawsze się wali, gdy któryś z nas kończy nauki. I jeśli go nie uratuję na czas, to się rozwali kompletnie i potem będzie tworzył się na nowo, kawałek po kawałku… Jak wtedy, gdy Merlin oblał swój pierwszy egzamin” – myślał młody mag, stojący przed wysuniętą szufladą z listami, kwiatkami, kamykiem i fotografią.

„Kiedy świat zginie, stracę moich bliskich, tych co kocham. Nie mogę na to pozwolić” – myślał dalej.

– Poproszę do dodatkowe informacje – powiedział głośno do podręcznego komunikatora.

Zobaczył przed sobą hologram. Dwie olbrzymie armie ścierały się. Biali walczyli z Czarnymi, Czarni z Białymi, a Szarzy walczyli ze sobą i ze wszystkimi jednocześnie. Nad armiami królowały potężne sylwetki dwóch rozzłoszczonych postaci, nie przypominających ani ludzi, ani magów. Wydawało się, że nie ma w nich nic ludzkiego. Obie potężne i obie straszne. Biała postać miała czarne berło, Czarna postać miała białe berło…

Młody adept bezradnie popatrzył na wysuniętą szufladę, na listy i fotografię. Zobaczył na niej zażółcony ze starości symbol yin-yang.

Charakterystyczne łezki tworzące koło. Ciemną łezkę z jasną kropką w środku i jasną łezkę z ciemną kropeczką.

Ciemne kiedyś chyba było czarne, zażółcone jasne chyba było białe… przynajmniej tak mu się wydawało.

Skupił się, by pomyśleć, co ma teraz zrobić…

Pokazać się obu postaciom i ich wojskom? Przeanalizował możliwe warianty wydarzeń i uznał, że nie warto. Może stracić życie, a gdy będzie martwy, to nie wykona zadania…

Przypomniał sobie swoich nauczycieli: Merlina, Babcię Jagę, Czarodziejkę Jagodę, Wróżkę Jenczy, Głos, Borówkę i innych… Zobaczył salę lekcyjną. Usłyszał, jak Jagódka i Kokoryczka proszą o wyjaśnienie, bo nie zrozumiały strategii wykładanej na lekcji. Przypomniał sobie, jak Babcia Jaga dobrotliwym głosem mówiła, że nawet najbardziej leniwi uczniowie Szkoły Czarowania, są zbyt pracowici. Bo działają, zamiast nadać ruch i pozwolić, by rzeczy same się „działy”. Głos wtedy dodał, że najlepsi czarodzieje powstrzymują się przed wyręczaniem ludzi, czarodziejów i historii. Czarodziejka Jagoda z kolei tłumaczyła, że należy znaleźć coś drobnego, coś co, gdy będzie uleczone, to uleczy cały system…

Popatrzył uważnie na brudny symbol. Pomyślał, że najpierw go oczyści i uzdrowi. A potem zdecyduje, co dalej…

Skupił się i połączył z energią źródła. Poczuł, jak przepływają przez niego oczyszczające fale, które opróżniały jego umysł, uzdrawiały ciało i intencje. Wziął fotografię z symbolem yin-yang i wyobraził sobie, że ta oczyszczająca fala przenika zarówno zdjęcie, jak i symbol, który był fotografowany. Wyobraził sobie, że oczyszczenie obejmuje również pojmowanie tego symbolu przez wszystkie istoty, które myślą, czują, mają świadomość…..

Fale przetaczały się przez jego umysł i ciało, przez fotografię i wszystkie przedmioty znajdujące się w pokoju. Rozlewały się i rozchodziły coraz dalej – jak kręgi na wodzie.

Kiedy poczuł, że oczyszczenie dobiegło końca, poprosił źródło o uzdrowienie, o wzmacniającą, uzdrawiającą energię. Oraz o to, by właściwy porządek rzeczy zapanował na świecie – zarówno w widzialnych, jak i niewidzialnych wymiarach.

Potem poprosił o miłość. Agape – bezinteresowną i wszechogarniającą…

Nie liczył czasu, trwał w medytacji długo. W pewnej chwili poczuł, że już zrobił to, co do niego należało.

Dwie armie nadal walczyły, ale… zniknęły sylwetki rozzłoszczonych postaci.

– Zuch chłopak – usłyszał w swojej głowie nieznany głos.

– Jaki zuch – odezwał się drugi – zepsuł nam zabawę.

– Wiesz, troszkę żeśmy się zagalopowali – skomentował pierwszy.

Młody adept zobaczył, że biała postać z czarnym berłem i czarna postać z biały berłem przypatrują mu się i przyglądają się też wysuniętej szufladzie…

– Listy, są tutaj…

– Wszystkie?

– Tak, kamyk i fiołki również…

– To po co, żeśmy się tłukli?

– Dla rozrywki…

– Hmmm, idziemy na piwo?

– Jasne!

Obydwaj wyszli z pokoju, nie zwracając uwagi na młodego adepta.

Armie przestały walczyć.

– Poproszę o informacje – powiedział do swojego komunikatora.

– Zdałeś egzamin – odezwał się głos Merlina.

– Ale ja nie rozumiem…

– Wracaj do szkoły, odpoczniesz i później porozmawiamy.

– Dobrze Merlinie.

   * * *

Zmieszany i zaskoczony obrotem wydarzeń, teleportował się do szkoły. Zdziwiony patrzył, jak uczniowie i nauczyciele biją mu brawo. Kokoryczka i Jagódka uśmiechały się do niego.

– Nie rozumiem – zaczął bezradnie – ja…

– To może przestaniesz wyśmiewać się z dziewczyn, że zadają pytania na lekcji? – zapytała rzeczowo Zyta.

– Daruj mu – poprosiła Jęczyduszka – wyśpi się i sam zrozumie, co zrobił i czemu właśnie to zadziałało.

Autor: Archiwista SC